czwartek, 22 listopada 2012

Czy warto kupić akcje Aliora?

Przed takim dylamatem stanęli dziś drobni nadwiślańscy inwestorzy, a niebawem staną też wielcy gracze światowej finansjery. Mówią że drogo. A ja mówię, że tanio sprzedaje się tylko byle jakie spółki!

Konstrukcja oferty nie ułatwia jej oceny, bo nie wiadomo do końca, ile papierów trafi na rynek. Alior chce wyemitować nowe akcje na kwotę 700mln zł, a fundusz Carlo Tessara chce z kolei sprzedać znaczącą część istniejących akcji, w posiadaniu których się znajduje. Mądre głowy liczą, że przy cenie maksymalnej (71zł) za złotówkę wartości księgowej płacimy ponad 2zł, a cena do zysku wyniesie 14,5. To sporo, jeśli wziąć pod uwagę, że żadna ze spółek w sektorze finansowym nie przekracza C/WK=2, a średnie C/Z dla sektora to niecałe 11...

Z drugiej strony - trudno o bank, który w równie spektakularny sposób wkroczyłby na rynek i narobił na nim zamieszania. Alior, po 4 latach od debiutu, jest jedną z lepiej rozpoznawanych marek, obsługuje już niemal półtora miliona klientów,  posiada szeroki wachlarz produktów, a część z nich to produkty unikatowe na polskim rynku.


Wyceniać spółki nie będę, bo - choć zawsze czytam prospekty - nigdy się tego nie podejmuję. Akcje Aliora chciałem zaś kupić od dawna i trzymałem kciuki za ich IPO. Postrzegam ich jako jedną ze spółek, które mogą rosnąć szybciej niż rynek i dawać ponadprzeciętne stopy zwrotu. Jasne, jest drogo. Ale pamiętam, jak to samo myślałem o Integerze (właściciel operatora InPost), gdy ich akcje kosztowały koło 100zł i nie chciały zanadto spadać w czasie kryzysu albo o Cormay'u, gdy notowany był w okolicach 5zł. Dobre, perspektywiczne spółki tak mają. Rynek dyskontuje część ich świetlanej przyszłości. Poza tym wychodzę z założenia, że o kształcie rynku i tak decydują duzi gracze. A to oni ostatecznie zadecydują, jaka będzie cena w tej ofercie. Jeśli jest "za drogo" - zbiją ją, a wówczas również ja kupię taniej. Proste.

Ta oferta ma jeszcze kilka atutów. Jeden z nich to transza preferencyjna warta 30mln zł, która zostanie sprzedana klientom Biura Maklerskiego Aliora ze zniżką 5% i bez redukcji (obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy). Oznacza to, że de facto zapisuję się na akcje po cenie maksymalnej 67,50zł i mam gwarancję, że dostanę papiery po cenie o 5% niższej niż inwestorzy instytucjonalni.


Drugi z atutów to fakt, że zaledwie 5-10% oferty trafi do drobnych inwestorów. Resztą mają objąć gracze instytucjonalni, co teoretycznie powinno przekładać się na nieco spokojniejszy debiut (mniej zbijającego cenę sypania akcjami przez drobnicę realizującą np. 3-procentowy zysk).

Niestety, deal wiąże się również z ryzykami. Po pierwsze - tradycyjnie przy rynku pierwotnym - kupujemy dziś, a sprzedajemy za kilka tygodni, przez co wiele się może zmienić na rynku i w spółce. Po drugie - dynamicznie rosnące spółki mają to do siebie, że pewnego dnia osiągają punkt, za którym trudno o dalszy dynamiczny rozwój; Carlo Tessara może sprzedawać akcje wiedząc, że Alior jest u szczytu swoich możliwości, a kolejne lata przyniosą raczej stabilizację kursu zamiast dalszego dynamicznego podboju rynku. Po trzecie - jak zostało już wspomniane - jest drogo i nadzieje na zysk opierają się na nadziei, że będzie jeszcze drożej.

Decyzję, rzecz jasna, każdy musi podjąć sam. Wydaje mi się jednak, że jest to oferta, którą warto przynajmniej rozważyć.


czwartek, 13 września 2012

Lokata 7% - czasem warto, czasem nie

Flauta na warszawskim parkiecie i brak wiary we wzrosty skłania wielu inwestorów do szukania alternatywnych form zarabiania. Zerknijmy na dwie lokaty oprocentowane na imponujące obecnie 7% i zakładane w pełni online...

Oprocentowanie rzędu 6% nie stanowi dziś raczej wyjątku. Lokaty takie oferuje wiele instytucji i lepiej zorientowani ciułacze pewnie już z nich korzystają. Wiele z nich dostępnych jest tylko dla nowych klientów, wiele wymaga zakładania i opłacania konta albo aktywnego korzystania z niego. Drażnią mnie takie łączone albo pełne haczyków oferty, które skutecznie zakłócają porównywanie produktów.

Na tym tle uwagę zwracają dwa depozyty, które ciągle nie są chyba szeroko znane, choć oprocentowanie robi spore wrażenie - 7% w skali roku - a na pierwszy rzut oka nie wiążą się z żadnymi dodatkowymi opłatami i zobowiązaniami. Poniżej, bardzo krótko, o ich wadach i zaletach.

Ping-pong w Idea Banku

Lokata o tej oryginalnej (głupawej?) nazwie to nowość dostępna od kilku dni. Jest to depozyt jednodniowy, wymagający posiadania konta (Idea Bank specjalizuje się w obsłudze podmiotów gospodarczych, ale prowadzi też "normalne" rachunki dla klientów indywidualnych). Aby założyć lokatę ping-pongową, należy zalogować się do bankowości elektronicznej (jeśli konta nie mamy, łatwo założymy je online) i wypełnić krótki formularz. Pomimo konieczności posiadania konta byłaby to nawet ciekawa i sensowna oferta (7% to zawsze więcej niż np. 5,8% w BGŻ Optima), bo samo konto nic nie kosztuje.

Jest jednak w tej ofercie pewien haczyk. Lokata jest nieodnawialna, a kwota depozytu nie może przekroczyć 20.000zł. Co to w praktyce oznacza? Otóż aby środki były stale oprocentowane, trzeba codziennie zalogować się do Idea Banku i codziennie na nowo założyć tę ping-pongową lokatę! Upierdliwe, prawda? Zakładając, że ulokujemy tam maksymalne 20.000zł, bank codziennie naliczy nam ok. 3,11zł odsetek netto. Zwykła lokata na 6,5% dałaby nam 2,88zł. To oznacza, że za codzienne klikanie dostaniemy raptem 22gr premii. A jeśli pewnego pięknego dnia zapomnimy lokaty założyć - pieniądze będą leżały nieoprocentowane!

Gdyby ktoś mimo wszystko miał ochotę na podobną zabawę, więcej informacji i internetowe formurze wniosków dostępne tutaj.

Niebieska lokata w PBS Ciechanów

Gdyby ktoś chciał dostać uczciwe 7% bez takich kombinacji, sensowniejszym pomysłem może wydawać się E-lokata niebieska w Polskim Banku Spółdzielczym w Ciechanowie. Nie brzmi to może nazbyt dumnie, ale PBS to bank jak każdy inny - depozyty objęte są BFG, a lokatę (uwaga! uwaga!) założyć można w kilka chwil, w pełni online, bez zakładania konta i bez żadnych dodatkowych formalności. Wystarczy wypełnić internetowy wniosek i dokonać przelewu.

Na dodatek okres lokaty to 7 miesięcy. Jeśli RPP zacznie obniżać stopy procentowe - nieco dłuższa lokata może zapewnić bardzo sensowny profit i zabezpieczyć nas przed spadającym oprocentowaniem depozytów.

W tym przypadku trzeba tylko pamiętać o tym, że lokata jest domyślnie zakładana jako odnawialna. Jeśli chcemy, aby po upływie 7 miesięcy środki wróciły na nasze konto, należy zapisać przesłany SMS-em kod (koniecznie!), zadzwonić do banku i - korzystając z niego - złożyć dyspozycję zmiany z odnawialnej na nieodnawialną (w praktyce nazywa się to w PBS-ie "dyspozycją likwidacji lokaty po upływie okresu jej zapadalności").

Jeśli komuś nie zależy na bajeranckim bankowym brandzie, lokata w PBS Ciechanów to jedna z najlepszych w tej chwili lokat zakładanych online; na dodatek - bez żadnych zobowiązań. Szczegóły i wniosek - tutaj.

wtorek, 4 września 2012

Darmowy rachunek maklerski - załóż online!

Wielu interesuje się giełdą, niewielu inwestuje. Odstraszają Cię papiery, procedury, umowy, formalności? Boisz się kosztów i opłat? Przygotowałem poradnik, z którym założysz darmowy rachunek maklerski, poświęcając na to kwadrans i nie wstając z fotela. Wszystko zrobisz online. Zero papierów. Jak?

Zadałem sobie pytanie, jak najławiej i darmowo z poczwarki teoretyzującego inwestora, udzielającego się na forach, przekształcić się w realnego inwestora z dostępem do notowań, rynków akcji, kontraktów i walut. I znalazłem odpowiedź. Zakładam, że nie lubisz chodzić do placówek. Chciałbyś móc zerknąć najpierw na dokument umowy, tabelę opłat i regulamin. I nie chcesz wychodzić z domu. Ba, żadnych kurierów ani poczty - nie chcesz wręcz odchodzić od komputera. Da się?

Da się. Co musisz zrobić?

1. CZEGO POTRZEBUJESZ?

a) dokumentu tożsamości (może być dowód osobisty lub paszport);
b) telefonu (ale ten pewnie masz pod ręką);
c) dostępu do swojej poczty elektronicznej;
d) dostępu do swojego własnego konta w dowolnym banku i jakiejś pojedynczej złotówki na nim (nie stracisz jej - będzie potrzebna wyłącznie do potwierdzenia Twojej tożsamości).
Jeśli masz już to wszystko pod ręką...

2. ZŁÓŻ WNIOSEK O DARMOWE KONTO.

Proponuję Alior Bank, bo konto jest darmowe (i nie jest to tymczasowa promocja, darmowe jest od paru lat), ale - co ważniejsze - możesz je łatwo otworzyć online. W tym celu:
a) kliknij tutaj i wybierz opcję "Chcę potwierdzić umowę przelewem (bez kuriera)";
b) wypełnij wniosek, podając wszystkie niezbędne dane
c) w trzecim kroku odznacz wniosek o kartę - nie proś o nią, bo jest płatna i zupełnie zbędna.
Na końcu otrzymasz dane do przelewu.

3. WYKONAJ PRZELEW I ZACZEKAJ.

Na wskazany rachunek przelej przygotowaną wcześniej złotówkę. Dla niektórych to dość newralgiczny etap procesu, bo jeśli między danymi podanymi we wniosku, a danymi, które pojawiają się w wysyłanych przez Ciebie przelewach wystąpi jakakolwiek niezgodność (np. inny adres w przelewie, a inny w dowodzie), złotówka zostanie zwrócona a konto nie zostanie założone. Jeśli dane we wniosku i przelewie są zgodne, konto w Aliorze otwarte zostanie bez problemów - musisz tylko zaczekać na zaksięgowanie przelewu zewnętrznego (to najdłuższy i najnudniejszy etap tej zabawy).

4. ZALOGUJ SIĘ.

Po dotarciu przelewu i pozytywnym zweryfikowaniu Twoich danych, system Aliora założy dla Ciebie rachunek i prześle Ci (SMS-em i e-mailem) dane niezbędne do zalogowania. Korzystając z nich wejdź do swojej bankowości elektronicznej. Znajdziesz tam między innymi swoją własną złotówkę przelaną w poprzednim kroku ;)

5. WŁĄCZ RACHUNEK MAKLERSKI.

Przejdź na zakładkę [Inwestycje] i tam zawnioskuj o rachunek brokerski (względnie na zakładce [Umowy i wnioski] kliknij "Rachunki maklerskie" i . Będziesz musiał podać swój NIP i wskazać swój Urząd Skarbowy (dzięki temu raz do roku bank prześle Ci rozliczenie transakcji). Umowę zatwierdzisz kodem, który otrzymasz w formie SMS. Trwa to parę sekund i ciągle nic nie kosztuje :) Po chwili masz już możliwość składania zleceń kupna i sprzedaży papierów wartościowych. Brakuje Ci jeszcze tylko dostępu do notowań i ewentualnie kontraktów terminowych.

6. NOTOWANIA I KONTRAKTY TERMINOWE.

Dostęp do notowań uzyskasz, kiedy "podpiszesz" tzw. umowę abonencką - ponownie wystarczy kliknięcie i zatwierdzenie kodem SMS. Na dzień dobry otrzymasz gratis w postaci bezpłatnego dostępu do pełnego arkusza zleceń (na miesiąc). Potem Twój pakiet zamieni się w bezpłatny Inwestor Standard, w którym widzisz aktualne transakcje i jedną najlepszą ofertę kupna i sprzedaży - w zupełności wystarczy Ci to do śledzenia notowań i wykresów w czasie rzeczywistym. Jeśli chciałbyś widzieć więcej ofert albo wręcz cały arkusz zleceń - możesz dopłacić do wyższego pakietu albo wygenerować odpowiednio duże obroty.

Masz już też prawo dostępu do specjalistycznego serwisu (Serwis maklerski dla klientów Aliora). Jeśli chcesz inwestować także w kontrakty terminowe (tzw. futuresy) na indeksy, akcje i waluty, poszukaj w zakładce [Inwestycje] "Aneksu o derywaty". Podpiszesz go SMS-em i aktywujesz w kilka sekund, tak jak i wcześniejsze produkty. Zanim jednak zaczniesz zabawę na futuresach, pamiętaj o zagrożeniach (5 pułapek czyhających na kontraktach) - na początek raczej nie polecam, chociaż opcję warto aktywować (nic to nie kosztuje).

Od tego momentu masz już możliwość inwestowania na giełdzie. Pamiętaj, że większość inwestorów zaczyna w szczycie hossy. Teraz mamy raczej marazm na parkiecie i powszechną niechęć do akcji - to może być naprawdę niezły moment, żeby zacząć. Powodzenia! :)


czwartek, 30 sierpnia 2012

45% zysku bez ryzyka w BNP Paribas?


Zadziwiają mnie twórcy tak zwanych struktur. Oto BNP Paribas przygotował 3-letni produkt, oparty na akcjach 20 solidnych spółek, który daje szansę na 45% zysku bez podatku, gwarantuje 100% kapitału (plus 3% premii!), nie przewiduje opłat wstępnych i próg wejścia ustala nisko na 1000zł. Czyżby inwestycja idealna?


Szukanie dziury w całym, względnie haczyka w strukturze, to już dla mnie swoiste hobby. Marketing i argumenty oferty przyciągają uwagę i aż się proszą o zakup. Ilekroć jednak zaczynam gonić tę tęczę - iluzja zysków ucieka i rozwiewa się gdzieś na horyzoncie. Popatrzmy na to TOP20...

Część parametrów struktury jest całkiem przyjemnych. Produkt startuje w 3-letnią wędrówkę, gdy giełdy leżą na dnie, więc daje szanse na dobry timing (start 3 października 2012; finisz 30 września 2015). Ochroną objęte jest 100% kapitału, a BNP dorzuca nawet 3-procentową gwarantowaną premię. Całość sprzedawana jest w formie grupowego ubezpieczenia na życie i dożycie, więc Belka będzie musiał obejść się smakiem (zero podatku!). Niby fajnie, ale po bliższym przyjrzeniu...

Mniejszy haczyk

Pierwsza kwestia to ochrona kapitału. Oddanie po 3 latach kwoty równej naszej nominalnej wpłacie nie oznacza, niestety, że kapitał był chroniony. Z niedużej inwestycji wartej np. 5000zł, przez 3 lata harcowania umiarkowanej 3-procentowej inflacji, ubędzie - licząc po łebkach - ponad 430zł. Do tego bank wymaga założenia konta, a samo jego prowadzenie kosztuje co najmniej 6,5zł. Niby nic, ale przez 3 lata oznacza to minus 234zł, czyli więcej, niż zarobimy na tej "gwarantowanej premii", która da nam raptem 150zł...

A warto jeszcze wspomnieć, że wsiadłszy do pociągu lepiej z niego nie wysiadać, bo za wcześniejszą likwidację struktury przyjdzie nam zapłacić od 3 do 13% kapitału (zależnie od momentu, w którym wyskoczymy ze struktury).

Większy haczyk

Jednak kluczem do zrozumienia tego produktu jest są tak naprawdę zasady naliczania premii. 45%, które mruga w reklamie, to tak naprawdę 15% rocznie - tyle wynosi najwyższa możliwa wartość premii. Premia jednak może wynosić również 8%, 5% albo 0%. Zyski doliczane są każdego dnia w oparciu o kursy 20 amerykańskich i europejskich spółek (mydło i powidło od Avon i McDonalds po Siemensa i Vodafone - generalnie stabilne i znane marki z defensywnych sektorów). Bank nie liczy jednak żadnej średniej z ich kursów. Zamiast tego stosuje zasadę opisaną poniżej:


Obrazek prawdę Ci powie - jeśli potrafisz czytać ze zrozumieniem!

Czyli:
a) jeśli wszystkie spółki notowane są powyżej 110% ceny początkowej - doliczy nam za dany dzień 15% (rzecz jasna w skali roku, czyli 15% podzielone przez 365);
b) jeśli którakolwiek ze spółek wyłamie się poniżej 110% ceny (czyli nie da rady zdrożeć o 10%) - dostaniemy tylko 8%;
c) gdyby którakolwiek ze spółek była tańsza niż w dniu startu - dostajemy 5%;
d) a jeśli kurs którejkolwiek spadnie poniżej 80% ceny początkowej - kapitał leży nieoprocentowany.

Śmiem twierdzić, że ów bardzo duży haczyk polega na tym, że spółek jest aż 20. To oznacza, że aby otrzymać magiczne 15% w skali roku, wszystkie musiałyby zdrożeć o 10% i nie spadać poniżej tej ceny. Natomiast do utraty jakiejkolwiek premii (czyli otrzymania mniej magicznych 0%) wystarczy, że jedna ze spółek stanieje o więcej niż 20%.

Innymi słowy: bez względu na to, jak dynamiczna będzie hossa, jeden jedyny maruder wśród 20 spółek, przebywając poniżej 80% swojej wartości początkowej, skutecznie zablokuje jakikolwiek zysk z tej inwestycji.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz (zdroworozsądkowo, abstrahując od prognoz rynkowych) jest taki, że w pierwszym okresie, gdy wystartuje struktura, otrzymamy pewnie jakieś niewielkie procenty. Część spółek wahnie się w dół, część w górę. Dopóki którakolwiek pozostanie poniżej ceny startowej, bank będzie naliczał 5%. Na większe zyski możemy liczyć dopiero wówczas, gdy wszystkie, co do jednej, zaczną solidarnie drożeć. Jeśli którakolwiek "da ciała" i zanurkuje nieco głębiej, pogrzebie szanse na odsetki i uwięzi nas na 3 lata w nierentownej inwestycji.

Gdybyś miał gołe akcje, mógłbyś sprzedać marudera i cieszyć się zyskami z pozostałych spółek. Mało tego - gdyby wystartowała hossa, możesz zarobić nie tylko 15%, ale i 115% rocznie. A mając strukturę? No, cóż...

wtorek, 28 sierpnia 2012

Alior Sync - wypas czy ściema?

Wkurzają mnie już kampanie produktów, które obiecują mi promocyjne 10% na lokacie albo konto dające podwyżkę i darmowe zakupy. Zwykle, żeby wyszarpnąć parę marnych groszy, musisz podpisać cyrograf i przelewać wynagrodzenie, machać co tydzień kartą płatniczą albo czyścić buty prezesowi. Dlatego do ubajerzonego konta Alior Synca podszedłem z ogromnym sceptycyzmem. Czy bank naprawdę oferuje rewolucyjny produkt, czy też raczej uskutecznia polowanie na jelenie? Sprawdziłem sam.

Ewidentną wadą konta jest spore nagromadzenie niedoróbek i upierdliwości. A to obrazek antyphishingowy nie zgadza się z tym, który wskazaliśmy we wniosku. A to transakcje wyświetlają się z bajeranckim, ale niewłaściwym logo (np. płatność w Aleee Aptece zdobi logo Lee). A to nie da się copy-pastować numeru własnego konta, bo w pogoni za efektami nie ma tu za wiele poczciwego htmla...

Mało która z tych niedoróbek realnie wpływa na komfort użytkownika, ale - przyznajcie - techniczne niedoróbki w całkowicie wirtualnym banku rodzą poważne obawy o los Waszych całkiem realnych pieniędzy. Trzeba jednak przyznać Aliorowi, że poprawki wdraża błyskawicznie - sam zgłosiłem im parę problemów i czasem już parę dni później nie było po nich śladu (może to tempo to zbieg okoliczności, bo zgłosił ktoś wcześniej, ale jednak!).

Jeśli ktoś jest odporny na drobne dokuczliwości atakujące od czasu do czasu, znajdzie w Alior Syncu kilka naprawdę praktycznych funkcjonalności:

1. Prawdziwa darmowość

To jedno z nielicznych kont, które jest darmowe bez względu na to, jak intensywnie (i czy w ogóle) z niego korzystasz. Darmowa jest również karta. Nie musisz przelewać tam wynagrodzenia, nie musisz na siłę płacić kartą, żeby wyrobić jakieś limity. To konto naprawdę nic nie kosztuje. Prowadzenie, przelewy, wypłaty ze wszystkich bankomatów. Jedyna opłata, na którą (w moim przypadku) należy uważać, to opłata za wyciągnięcie środków z rachunku oszczędzającego. Podobnie jak w "starym" Aliorze - bez prowizji można to zrobić tylko raz w miesiącu. Kolejne wypłaty na własny rachunek kosztują 1zł. Można to obejść dzięki większej liczbie kont oraz auto-uzupełnianiu, ale o tym dalej.

2. 5% zwrotu za zakupy online

Osławiony i niesłusznie zniesławiany na rozlicznych forach ficzer. Wielu narzeka, że "Płacę z Sync" to opcja praktycznie niedostępna w większości sklepów. Mało kto ma zaś świadomość, że zwrot przysługuje również za transakcje online kartą (tak, zwykłą debetówką). Wystarczy w sklepach klikać "płacę kartą kredytową", przepisać z karty jej numer, datę ważności i kod CVC i voila! Zakupy opłacone, a w przyszłym miesiącu 5% z powrotem na koncie. Dla kogoś mojego pokroju, kto nawet po worki do odkurzacza wchodzi do sieci - po prostu magia.



3. Auto-uzupełnianie

Lubię, kiedy moje pieniądze procentują i zawsze starałem się redukować kwoty zalegające na nieoprocentowanych RORach. Idealnym rozwiązaniem byłoby wysokie oprocentowanie podstawowego rachunku, ale to dziś raczej rzadkość. Alior pozwala dość sprytnie wybrnąć z tego dylematu. Oferuje coś takiego jak auto-uzupełnianie. Trik polega na tym, że ustawiamy sobie minimalną i/lub maksymalną kwotę, jaką chcemy mieć na podstawowym koncie. System codziennie wieczorem sprawdzi saldo i albo przeniesie nadwyżkę do puli oszczędności, albo uzupełni niedobór do oszczędności sięgając. Auto-uzupełnianie działa automatycznie (po aktywowaniu i ustawieniu progów) i całkowicie bezpłatnie.

4. Przelewy natychmiastowe

Pomysł, który staje się coraz popularniejszy. Elixir ciągle działa w średniowiecznym systemie sesji i każe na siebie czekać całymi dniami, więc ktoś wymyślił genialne w swojej prostocie przelewy natychmiastowe. Blue Media trzyma środki w każdym banku po trochu; gdy składamy taki przelew z banku A do B, de facto przekazujemy środki do Blue Media w banku A, a oni puszczają je odbiorcy ze swoich zaskórniaków w B. W efekcie operacja z międzybankowej zamienia się na wewnętrzną, co sprawia, że w większości banków środki księgują się prawie natychmiast. Jest dużo wyjątków, w każdym banku działa to trochę inaczej i nie należy zanadto na tych przelewach polegać, ale 10 takich przelewów za darmo to ciekawy gadżet, który z pewnością może się kiedyś przydać, szczególnie osobom, które korzystają z wielu banków i chciałyby dokonywać szybkich przeksięgowań.

5. Zakładasz online

Od jakiegoś czasu praktycznie nie kupuję innych produktów finansowych niż takie, które mogę założyć w pełni online. Nie chcę nawet kuriera, bo umawianie się z nim na podpisywanie umowy to dla mnie większa fatyga niż zajście do placówki banku. Konto w Alior Syncu zakładasz online - wypełniasz wniosek i potwierdzasz tożsamość przelewem z innego konta. Kwadrans roboty bez wyciągania tyłka z fotela.






Podsumowując: ten bank - bez nachalności ani przymusu - bardzo szybko stał się w naturalny sposób moim "pierwszym bankiem", w którym trzymam podręczne pieniądze i rozliczam codzienne wydatki. Przesądziła pełna darmowość w połączeniu z cashbackiem, które sprawiają, że - bez napinania się, bez gwiazdek, bez uchylania od prowizji i opłat - na tym koncie po prostu się zarabia. Polecam.

Konto możesz założyć tutaj.

piątek, 24 sierpnia 2012

Gant - obligacje dla zuchwałych?

W sieci trwa intensywna kampania reklamowa obligacji Gant Development. Kierowana do indywidualnych inwestorów i świetnie oprocentowana, ma ponoć stanowić novum na rynku obligacji i genialną okazję inwestycyjną (11%!). Jest jednak parę poważnych "ale"...
W poszukiwaniu ponadprzeciętnych zysków sam zerkałem na tę emisję. Kiedy rynek akcji zachowuje się kiepsko, na obligacjach solidnej spółki można zarobić więcej, niż pchając się do jej akcjonariatu. Poza tym dotychczas inwestowanie na Catalyst stanowiło raczej domenę większych graczy (wysokie progi wejścia, bardzo długie horyzonty inwestycji etc.). Tym razem wydawało się, że jest inaczej...

1. Wysokie odsetki

Pierwszym, co przyciąga uwagę, są oczywiście efektowne odsetki - 11% rocznie robi duże wrażenie. To dwukrotnie więcej niż płacą banki za najlepsze lokaty. To również więcej, niż w ciągu ostatniego roku można było zarobić na WIG, WIG20, mWIG40 i sWIG80. Kuszące.

2. Inna parametry

Konstrukcja emisji jest bardzo atrakcyjna dla drobnych inwestorów. Okres zapadalności to zaledwie 24 miesiące (idealna konkurencja dla długookresowych depozytów), a naliczone odsetki są wypłacane co kwartał (więc można się niejako z góry cieszyć zyskami).

Zapisy trwają jeszcze do poniedziałku. Nic, tylko brać! A jednak, wrodzona ostrożność (nigdy zbytnio nie ufałem obligacjom; Obligacje z Catalyst - 10% zysku, 100% ryzyka), każe poważnie zastanowić się nad podobną inwestycją...

3. Kierunek emisji

Kierowanie emisji do drobnych inwestorów to oczywiście wielka dla nich szansa. Jednocześnie jednak należałoby zadać sobie pytanie, dlaczego właściwie tej emisji nie obejmuje (a przynajmniej - nic mi o tym nie wiadomo) żaden duży, instytucjonalny inwestor? Dlaczego jakiś bank nie skusił się na kredytowanie? Dlaczego żadnego funduszu nie skusiło 11% pewnego zysku na krótkookresowych, płynnych papierach? Emitowanie w kierunku drobnych (leszczy?) mnie osobiście nieco niepokoi...

4. Kondycja spółki

Jeśli zakładać, że giełda dyskontuje przyszłość - należałoby bać się jutra. Cała deweloperka od paru lat konsekwentnie tanieje, a wykres samego Ganta ustanawia właśnie kilkuletnie minima. Inwestorzy są wręcz chorobliwie ostrożni. Może to być zwiastun rychłej zmiany trendu, ale może też być zapowiedź dalszych kłopotów. Kondycji spółki ocenić nie potrafię, ale historia PBG uczy z pewnością respektu...

Gant Development. Ostatnie trzy lata to kiepski czas dla akcjonariuszy.

5. Zabezpieczenie

W wywiadzie dla StockWatch wiceprezes rozpływa się w zachwytach nad nową emisją i zapewnia, że obligacje zabezpieczone są "bardzo dobrze". "Maksymalna wartość obligacji to – przypomnę – 50 mln zł, a zabezpieczenia mają wartość 100 mln zł. Cieszymy się, że możemy zapewnić inwestorom tak duży komfort inwestycji. Zdajemy sobie sprawę, że jest to obecnie ważny aspekt".

Co stanowi to doskonałe zabezpieczenie, które ma inwestorom zastąpić solidne gwarancje BFG na konkurencyjnych lokatach? Otóż emisję zabezpiecza "zastaw rejestrowy w wysokości 100 mln PLN na certyfikatach inwestycyjnych GANT FIZ"...

I jak? Poczuliście się bezpieczniej?

środa, 20 czerwca 2012

Tanie futuresy w AmerBrokers


4,90zł za kontrakt terminowy FW20. Brzmi nieźle, prawda? Związane z indeksem WIG20 futuresy są w Polsce bardzo popularnym narzędziem day traderów. Zapewniają świetną płynność i niskie koszty transakcyjne. A w ofercie AmerBrokers kontrakty wyglądają jeszcze atrakcyjniej. Gdzie są haczyki?

AmerBrokers to raczej mało znany dom maklerski należący do DZ Bank Polska. Mówi się o jego możliwej sprzedaży i być może to jest właśnie przyczyną prób przyciągania klientów niskimi prowizjami. Flagową atrakcją jest cena kontraktu FW20 równa 4,90zł. To odczuwalnie niżej niż średnia rynkowa. Nieliczne biura skłonne są zejść z prowizją do 5zł, ale jedynie dla klientów generujących spore obroty i zwykle w przypadku day tradingu (niższe prowizje dla pozycji otwieranej i zamykanej w czasie jednej sesji). AmerBrokers jako jedyny DM oferuje w tej chwili tak niską prowizję niezależnie od poziomu aktywności na rynku, a nawet niezależnie od czasu trzymania otwartej pozycji.

Ciekawie wyglądają też prowizje na rynku kasowym. Daytrading na rynku akcji kosztuje zaledwie 0,20%, a prowizja dla graczy o dłuższym horyzoncie inwestycyjnym – 0,35%. Co istotne – minimalna kwota prowizji to zaledwie 2zł, co stanowi chyba rynkowy ewenement (konkurencja "maklerów dla mas" typu mBank czy Alior nie schodzi poniżej 3zł). Prowizje dla konktraktów na akcje i waluty (odpowiednio 2,90zł i 0,29zł) też nieznacznie przebijają konkurencję. Nie bez znaczenia jast brak opłaty za prowadzenie rachunku.

Najważniejsze pozycje z aktualnej tabeli opłat i prowizji DM AmerBrokers.


Dostęp do notowań GPW kosztuje 0zł w przypadku jednej oferty, ok. 80,10zł dla 5 ofert i ponad 158,25zł za pełen arkusz. Z informacji, które udało mi się uzyskać, AmerBrokers oferuje dwa uruchamiane z poziomu przeglądarki internetowej java'owe narzędzia do obserwacji rynku i analizy technicznej – poczciwy ISPAG oraz IntraTerm Pro (narzędzie tego samego producenta).

Jakie są wady AmerBrokers? Przede wszystkim środki na rachunku są tylko śladowo oprocentowane (a do 50.000 nie są oprocentowane wcale). Trzeba się też liczyć z kosztami wyciągania środków z AmerBrokers – internetowy przelew zewnętrzny z rachunku kosztuje bowiem 3zł. Pewną niedogodnością może też być sposób zakładania rachunku – AmerBrokers wymaga albo wizyty w jednej ze swoich nielicznych placówek, albo odbierania i odsyłania podpisanej umowy pocztą.

Kiedy więc warto? Oferta wydaje się bardzo atrakcyjna głównie dla aktywnych graczy. Koszt prowizji na futuresach jest w AmerBrokerze niższy niż ruch indeksu o jeden punkt (!), a prowizja 0,20% dla akcji w DT również wygląda ciekawie. Jednocześnie brak wymagań dotyczących obrotów sprawia, że może to być ciekawa propozycja dla początkujących albo niedzielnych graczy. Zaawansowanym i aktywnym może jednak zabraknąć zaawansowanych narzędzi i dostępu do innych rynków...

środa, 13 czerwca 2012

Szaleństwa miedzianego króla

Spekulacje o kosmicznej dywidendzie, jaką Skarb Państwa próbuje wycisnąć z KGHM, windują kurs spółki i ciągną w górę cały WIG20. Ale KGHM, podobnie jak indeks, dotarł do ciekawego miejsca. Czy rzucony w górę miedziak zacznie niebawem spadać? 

Zarząd rekomendował wypłatę 30% zysku, co dawałoby dywidendę w wysokości 17zł na akcję. Ogromny apetyt dziurawego budżetu każe jednak podejrzewać, że wypłacone zostanie 40% (24zł/akcję) albo i 60% (33,90zł/akcję) zysku z 2011. Walne, które podejmie decyzję, odbędzie się 28 czerwca. Choć drenowanie spółki z gotówki nie wydaje się nazbyt rozsądnym i perspektywicznym pomysłem, wysoka dywidenda ewidentnie rozpaliła wyobraźnię i KGHM w ostatnich dniach rósł szaleńczo, pchając również w górę indeks WIG20 (o niebagatelnym wpływie potężnego KGHM na obraz warszawskiej giełdy już pisałem, więc nie będę się powtarzał – Polityczne harce i spadający miedziak).

Dotychczasowe odbicia KGHM zatrzymywały się na oznaczonej linii...

Dziś proponuję natomiast zerknąć chłodnym okiem na wykres KGH. Trwająca od roku słabość ładnie wpisuje się w linię, biegnącą po szczytach z lipca, listopada i marca. Linia ta przebiega niemal dokładnie w rejonie, w którym KGHM rysuje dziś coś na kształt spadającej gwiazdy albo doji, zwiastujących odwrócenie trendu...

Czyżby świecowa formacja odwrócenia trendu?


wtorek, 12 czerwca 2012

Mistrzostwo dla byków (walkowerem)

W cieniu sportowych emocji niektórym umyka pewnie rajd byków na warszawskim parkiecie. Po dość długotrwałym i męczącym szukaniu dna, warszawski indeks wystrzelił i walczy dziś z poziomem 2200 punktów. Co się dzieje – koniec bessy czy dead cat bounce? 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obrót spraw zaskoczył wszystkich. W drugiej połowie maja WIG20 zszedł na roczne minima i pogłębił dołek z września ubiegłego roku, sięgając 2009 pkt. Brak efektownego odbicia wprowadził chyba w błąd obydwie strony rynku. Byki czekały z zakupami na fazę paniki i zejście poniżej magicznej granicy 2000 punktów, a pewne swego niedźwiedzie niespecjalnie spieszyły się do ataku. Czarna świeca i -1,83% z 5 czerwca zapowiadały przejście do nieuniknionego etapu nurkowania.

Problem w tym, że rynek rzadko podąża ścieżką, której wszyscy oczekują. W środę przed Bożym Ciałem WIG20 wystartował z poziomu 2058 i dynamicznie ruszył w górę, nie dając graczom chwili wytchnienia i osiągając w ciągu 4 sesji poziom 2200. W ciągu paru dni niedźwiedzie dostały srogie lanie (uciekając, podkręcały tempo wzrostów), a byki – ani jednej chwili wyraźnej korekty, żeby zająć korzystnie pozycję (a goniąc uciekające zyski, nie pozwalały na korektę). Byliśmy więc świadkami widowiskowego rajdu, na którym zarobili pewnie nieliczni.



Stoimy teraz w ciekawym miejscu. Dynamiczne wzrosty nie tylko zanegowały wybicie dołem z kanału spadkowego, ale szybko pokonały szerokość kanału i doprowadziły indeks w rejon jego górnej bandy (a, zależnie od metody jego kreślenia, nawet ponad nią!). Co dalej? Rozgrzany rynek prosi się o korektę. Rajd trwał pomimo niepokojących informacji napływających z Południa – w międzyczasie Hiszpania poprosiła o pomoc, w kolejce stanął Cypr, Włochy znów mają problem z kosztownym rolowaniem długu...

17 czerwca odbędą się wybory w Grecji (od 2 tygodni tamtejsza cisza wyborcza i brak sondaży uśpiły nieco ten nieśmiertelny temat) i podejrzewam, że może jeszcze przed tą datą na rozgrzane głowy inwestorów wyleje się kubeł zimnej wody. Dowiemy się, czy WIG20 utrzyma się w kanale spadkowym rysowanym od lutego (tj. obroni okolice 2050) lub trendzie bocznym rysowanym od roku (tj. obroni okolice 2000). Dopiero od siły spadków i odbicia będzie zależała interpretacja rajdu, który budzi emocje nie mniejsze niż piłkarskie mistrzostwa...

piątek, 25 maja 2012

Darmowa kolejka dla Niemców!

Rynek prawdę Ci powie. Fenomen wolnego rynku polega między innymi na tym, że – inaczej niż politycy, naukowcy, ideologowie i sprzedawcy – zawsze mówi prawdę. A czasem wręcz krzyczy – jak w przypadku zerowej rentowności niemieckich obligacji...

W środę RFN uplasowała emisję obligacji oferując dla dwulatek zerowy kupon. Postawę instytucji decydujących się kupować papiery, które skazane są na porażkę z inflacją, trudno nazwać inaczej niż desperacją. Być może jest to anomalia i efekt irracjonalnej paniki. A może jednak kryje się za tym jakiś sens? Gdyby inwestycja w zerowe dwulatki była w pełni świadoma, oznaczałoby to że:

a) światowe banki nie są wystarczająco bezpieczne, bo oferowane na lokatach oprocentowanie okazuje się za słabym argumentem, żeby trzymać w nich kasę - lepiej tracić na bundach;

b) europejskie państwa również nie są dość solidne, żeby powierzyć im pieniądze (nawet na relatywnie krótki okres dwóch lat) - lepiej pożyczyć Niemcom i dostać z powrotem cokolwiek;

c) za dwa lata gotówka w euro upakowana do skarpety będzie warte tak mało, że bardziej opłaca się oddać kasę w depozyt niemieckiemu osiłkowi i liczyć na to, że za dwa lata odda dług;

Euro. Ładne zdjęcie najbrzydszych banknotów świata.

d) po oprocentowaniu rzędu 0% następnym krokiem jest ujemny kupon, co w praktyce oznacza, że lada moment finansowe grubasy zaczną płacić Niemcom za przechowanie kasy na dwa lata (dajesz im 100 i godzisz się na to, że oddadzą 95, ale wchodzisz w to - bo przynajmniej oddadzą!).

Jeśli rynek w taki sposób wycenia wiarygodność i przyszłość UE, to nie wygląda ona zbyt różowo. Mówisz, że to bzdura? Miej na uwadze, że za słowami polityków nie stoi nic, a za decyzjami inwestorów stoi gruba kasa, dlatego rynku w długiej perspektywie nie stać na kłamstwa, on zawsze mówi prawdę...

wtorek, 22 maja 2012

Giełda, czyli strzyżenie baranów

Rynki ulegają ciągłym przemianom. Strategie, które działały wczoraj, dziś są funta kłaków warte. Może również czas giełd dobiega końca? Może światowe parkiety stały się miejscem, gdzie wtajemniczeni insiderzy wciskają kit masom? Gdzie dziś robi się prawdziwe pieniądze?




Tłumy jak w hipermarkecie


Po pierwsze, giełda przestała być czymś elitarnym. Przed paroma dekadami dostęp do parkietu był bardzo ograniczony. Na rynku funkcjonowali grubi inwestorzy, maklerzy i wtajemniczeni indywidualni ciułacze. Trzeba było poważnych pieniędzy, żeby interesować się tym rynkiem. Ponadto dostęp do niego w epoce przedinternetowej był mocno ograniczony – wymagał wiedzy, czasu i fatygi.


Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Dostęp do giełdy można uzyskać w parę minut, zakładając rachunek maklerski online. Nie wiąże się to z żadnymi kosztami. Zlecenia składa się w parę sekund. Całą niezbędną wiedzę można z łatwością znaleźć w internecie.

W Polsce może tego aż tak nie widać, ale w krajach anglosaskich spotyka się czasopisma, które piszą o inwestowaniu i spółkach giełdowych jak o produktach - robiąc rankingi, szukając "gwiazd nadchodzącego lata" itp. Klimat tych publikacji przypomina artykuły z Avanti: "Kup sobie spółkę na wiosnę", "Hity marca", "Pięć papierów z megapotencjałem"...




Kup pan trupa!


W ten klimat wpisują się oferty publiczne naszego Skarbu Państwa. Nikt poważnie nie rozmawia o przyszłości i kondycji upublicznianych spółek. Rząd często wcale nie zamierza oddawać nad nimi kontroli i nie sili się specjalnie na restrukturyzacje i rozsądne strategie. Zamiast przekonywać do siebie inwestorów instytucjonalnych, sprzedaje ciemnemu ludowi kupę udziałów, które nie dają nad spółką żadnej kontroli, a potem robi to samo, co robił do tej pory, tyle że za pomocą 51% (albo i uprzywilejowanych 33%) zamiast 100% udziałów.



IPO Facebooka. Przykład karmienia leszcza, które stanie się legendą.



Innym przykładem z tej samej beczki jest IPO Facebooka. Każde przedsiębiorstwo ma swój cykl życia. Kiedyś na parkiet trafiało się w poszukiwaniu kapitału i szans na rozwój. Dojrzałość i dywidendowa starość przychodziła później. Dziś ogromną kasę robi się często poza parkietem. W najbardziej dynamicznym etapie rozwoju uczestniczy co najwyżej wąskie grono milionerów z private equity. Dopiero kiedy biznes zyska kosmiczną popularność, można go opchnąć masom za astronomiczne kwoty, jak teraz robi to Mark Zuckerberg (zainkasuje miliardy, a zachowa 57% głosów na WZA!). Czy ktokolwiek wierzy w dalszy dynamiczny rozwój serwisu, na którym wszyscy mają już konto? Czy ktoś zna pomysł Zuckerberga na zamianę fenomenalnej aktywności użytkowników w żywą gotówkę? Bo zdaje mi się, że ktoś tu sprzedaje zleżałe ulęgałki i każe sobie za nie słono płacić...




Pamiętaj...


To, oczywiście, dość radykalne i nieco ubarwione tezy. Rynki giełdowe pełnią w gospodarce ważne funkcje i z całą pewnością sprowadzenie ich do maszynki do strzyżenia baranów jest grubą przesadą. Jasne, trafiają się spółki (jak City Interactive czy Cormay), na których można zarobić fortunę.


Ale warto jednak zwrócić uwagę na głębokie przemiany, które następują i które całkowicie zmieniają oblicze rynku. Giełda dziś i dekadę temu to diametralnie dramatycznie różne zjawiska. Z jednej strony reaguje szybciej, jest bardziej przejrzysta i dostępna. Z drugiej jednak, jej popularność i zmiana profilu inwestora rodzą pokusę nadużyć i utrudniają wyszukiwanie tanich i perspektywicznych spółek.

Coraz częściej, zamiast młodych biznesowych wilków szukających kapitału do spektakularnego rozwoju, na giełdę trafiają niezbyt świeże mody i manie, a inwestorom wciska się papiery spółek-babć, z których smart money uciekają właśnie w poszukiwaniu prawdziwych okazji...