Po efektownym początku roku i kilkumiesięcznym powolnym osuwaniu wydarzenia nabrały ostatnio tempa i zanosi się na mocniejszy ruch. W oczy inwestorów znów zagląda strach. Futuresy W20 znalazły się dramatycznie blisko rekordów z września ubiegłego roku. Odbijamy od dna czy spadniemy w przepaść?
Wszyscy mają już serdecznie dość greckiego tematu (ile można?!), ale desperackie próby utrzymywania Grecji na powierzchni ciągle przedłużają agonię. Bankructwo już de facto nastąpiło (czym innym była ubiegłoroczna redukcja zadłużenia o ponad połowę?), ale nie rozwiązało problemu. Nawet przy "optymistycznym" scenariuszu kontynuowania greckich reform, drakońskich cięć i wysokich podatków, monstrualny dług publiczny przed 2020 nie zejdzie poniżej 120% PKB, a więc w tej perspektywie Grecja nie ma szans ani na samodzielne funkcjonowanie na rynku długu, ani na dynamiczny rozwój gospodarczy (skala socjalizmu w Grecji jest wprost niewiarygodna). Ani greccy czerwoni, ani libertarianie (jeśli, oczywiście, takowi by istnieli), nie mają najmniejszego zamiaru brnąć przez dekadę wyrzeczeń w imię – właśnie, czego?
Śmiem twierdzić, że
elity polityczne dzielą się na idiotów, którzy wierzą w zaklęcia o ratowaniu euro i cynicznych zaklinaczy, którzy chrzanią androny, żeby
uspokoić rynki i kupić czas. Pani Chojna-Duch z RPP powiedziała otwarcie:
"wydaje się, że rynki to zaakceptowały, przywódcy polityczni również. Technicznie i logistycznie przygotowanie [wyjścia Grecji ze strefy euro] trwa" (
link). Cały świat siedzi na kupie długu i nie znajdzie się nikt, kto miałby dość siły (o woli nie wspominając!), żeby spłacić długi Greków. Czyli: insiderzy już wiedzą, banki przygotowują odpisy, rządy zbroją się na wypadek gospodarczego i społecznego chaosu, a w drukarniach tną arkusze ze świeżymi drachmami. Po drugiej stronie barykady prosty lud czyni własne przygotowania – rzuca kamieniami, głosuje na radykałów, próbując obalić polityczny konsensus i na potęgę wyciąga kasę z banków, na skalę już nieomal regularnego
runu (
link).
Wydaje się, że nadchodzi czas rozstrzygnięć. Po niedawnych wyborach Grecja funkcjonuje bez rządu, a po kolejnych sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Nie mając żadnego gwaranta ustaleń, wierzyciele i rządy UE mogą uznać, że dalsze pompowanie kasy na Bałkany nie ma sensu, bo taniej i bezpieczniej będzie spisać greckie papiery na straty i przepompować kasę bezpośrednio do banków strefy euro, amortyzując skutki upadku Grecji. W tym scenariuszu kontynuowanie planu ratunkowego może stracić sens jakiś czas po drugich wyborach, kiedy stanie się oczywiste, że euroestablishment nie ma z kim rozmawiać po greckiej stronie, a pieniądze lecą w studnię (ponowne wybory planowane są na 17 czerwca).
Tyle rzeczy oczywistych (choć nie zawsze omawianych głośno). Pytania kluczowe brzmią: czy rynek zdyskontował już kolaps Grecji? jakie będą jego konsekwencje? i jak na tym zarobić?
WIG20 opuścił ostatnio kanał spadkowy i zanurkował niebezpiecznie blisko dołka z września 2011 (wyznaczonego na 2018 punktów). Mocno schłodzone wskaźniki zgotują najpewniej jakieś odreagowanie, po którym przyjdzie nam ten dołek przetestować. W długiej perspektywie pozostaję niedźwiedziem, bo ciągle za mało wiemy. Rynek po omacku dyskontuje czarne scenariusze. Gdyby dziś zapadła decyzja o wykopaniu Greków do drachmy, dostalibyśmy pewnie parę dni paniki, huraganowy krach i kilka tygodni lub miesięcy silnych wahań w poszukiwaniu dna, ale zarazem licho by się ziściło i moglibyśmy pomyśleć o dyskontowaniu lepszej przyszłości.
Ale dopóki insiderzy wywalają, śląc wokoło sztuczne, optymistyczne uśmiechy, dopóty jesteśmy w bessie. Z kontrariańskimi odruchami radziłbym się wstrzymać do czasu, kiedy będzie już można policzyć trupy. Grajcie long, grajcie short, ale to raczej jeszcze nie jest czas na inwestowanie.