poniedziałek, 14 listopada 2011

5 pułapek czyhających na kontraktach

Kiedy na rynku zaczyna się bessa, wielu inwestorów, sprzedawszy akcje, szuka innego sposobu na pomnażanie kapitału. Wielu z nich trafia na rynek kontraktów i próbuje "grać na spadki". Bardzo często - z fatalnym skutkiem. Poznaj 5 pułapek rynku terminowego.


1. Dźwignia finansowa


Na pierwszy rzut oka wygląda to kusząco - ruch indeksu o jeden punkt oznacza zmianę stanu konta o 10 złotych. 50-punktowy spadek WIG20 to 500zł w kieszeni na każdym sprzedanym kontrakcie FW20 (a do jego sprzedaży wystarczy depozyt w wysokości ok. 2,5 tys. PLN!). Niestety, ta sama dźwignia, która mnoży zyski, czyni z kontraktów narzędzie bardzo niebezpieczne. Wystarczy ogłoszenie lepszych danych i indeks podskakuje o kilkadziesiąt punktów, boleśnie uszczuplając depozyt. Gra ze stop-lossem oznacza dotkliwą opłatę za każdy błąd, a gra bez stop-lossów to dla większości graczy prosta droga do bankructwa.


2. Otwarcie z luką


O ile zmienność w czasie sesji można do pewnego stopnia opanować (tnąc straty w razie złego obrotu spraw), o tyle po zamknięciu rynku inwestor zostaje wystawiony na ciosy bez żadnej możliwości obrony. Kiedy notowania zaczynają się 3% poniżej zamknięcia z dnia poprzedniego, dla WIG20 równego 2500 oznacza to minus 75 punktów i - tym samym - minus 750zł na każdym z kontraktów. W skrajnych przypadkach można wyobrazić sobie spadek tak dotkliwy, że kasujący cały depozyt zabezpieczający. W takiej sytuacji broker zamyka pozycję i - w razie strat przekraczających kwotę depozytu - będzie domagał się jego uzupełnienia. Warto mieśc świadomość, że pozostawianie otwartej pozycji na noc oznacza akceptację takiego ryzyka.


3. Gwałtowność spadków


To oczywiste, że aby zarabiać na spadkach, inwestor musi mieć otwartą krótką pozycję w momencie, kiedy spadek następuje. Spadki mają jednak często dość gwałtowny przebieg. W ciągu kilku minut indeks ostro nurkuje, aby następnie ustabilizować się lub wygenerować korekcyjne odbicie. Złapanie takiego gwałtownego ruchu to nie lada sztuka. Szczególnie, że w okresie niepokojów na rynkach również wzrosty stają się bardzo dynamiczne. Kiedy odbicie jest wystarczająco mocne, może dojść do niebezpiecznego dla grających na spadki tzw. short squeeze (automatycznie odpalane zlecenia stop loss i take profit niedźwiedzi powodują błyskawiczny, silny wystrzał w górę).


4. Drapieżniki i giganci


Każdego dnia KDPW rozlicza uczestników rynku terminowego. Każda złotówka zysku jednego gracza jest odpisywana z konta innego. Warto mieć to na uwadze. Warto też mieć świadomość, że na rynku grają naprawdę grube ryby (zdarza się, jak np. na obecnej serii kontraktów FW20Z11, że jeden gracz skupia w swoim porfelu jedną trzecią (sic!) otwartych pozycji; vide codzienna informacja). Gracze z odpowiednio dużym kapitałem są w stanie manipulować rynkiem. Nie należą do rzadkości sytuacje, w których WGPW wykazuje zdumiewającą słabość lub siłę w stosunku do rynków światowych. Na co dzień można też obserwować tzw. zbieranie stopów w postaci fałszywych wybić z konsolidacji, zaniżania przed gwałtownym wzrostem itp. Wszystko to potrafi skutecznie utrudniać pozostanie na rynku i zarabianie, nawet jeśli prawidłowo przewidujemy trend.


5. Emocje


Niedoceniany, ale kluczowy element giełdowej układanki. Duża dźwignia i spora doza losowości sprawia, że rynek kontraktów terminowych ma sporo wspólnego z hazardem. Bez dokładnie sprecyzowanego systemu i żelaznej dyscypliny gracz ryzykuje wystawienie się na ogromne emocje, które prędzej czy później będą miały destrukcyjny wpływ na decyzje inwestycyjne. Co gorsza - walka z emocjami to wojna, która nie kończy się nigdy, bo nawet po latach inwestowania seria kilku udanych transakcji potrafi wbić doświadczonego inwestora w dumę i zbytnią pewność siebie, usypiając czujność i prowadząc do dotkliwych strat.


Wymienione zagrożenia to, oczywiście, nie wszystko, czego należy obawiać się na rynku terminowym. Wystarczy wspomnieć o niedostatecznej płynności części instrumentów (niemal doskonale płynne są tylko kontrakty na WIG20 - FW20) czy możliwej awarii systemu brokera, która uniemożliwi nam zamknięcie pozycji przynoszącej rosnące straty. Kontrakty nie są remedium na słabe wyniki portfela akcji. To naprawdę wyższa szkoła jazdy i warto mieć tego świadomość.

środa, 26 października 2011

Nie wszystko złoto...

Investor Gold FIZ to już niemal legenda. Kolorowe reklamy, imponująca stopa zwrotu i profesjonaliści u steru. Jest tylko jeden problem. Certyfikaty funduszu staniały z 3405 do 2615 PLN, choć złoto miewa się całkiem nieźle.


Stare powiedzenie mówi, że nie wszystko złoto, co się świeci. Inne - że jak chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, to zrób to sam. Jedno i drugie jak ulał pasuje do wielu funduszy inwestycyjnych. Bessa bezlitośnie obnażyła niekompetencje wielu zarządzających i pokazała, że maklerskie szelki nie chronią przed stratami. W ciągłym wyścigu na strategie, który od zawsze trwa na rynkach, najsłabsi przegrywają z kretesem, a i najlepszych prędzej czy później przychodzi pora. Kupując jednostki nie masz żadnej pewności, że Twój fundusz pokona benchmark. A skoro nie ma pewności, to po co przepłacać? Może lepiej po prostu kupić benchmark (czyli zainwestować np. w ETF - papier, który nie sili się na genialność, tylko idealnie odzwierciedla ruchy indeksu)?


Powiem otwarcie: nigdy nie przepadałem za funduszami. Przypominają mi magiczną czarną skrzynkę, do której mam włożyć pieniądze i liczyć, że wyciągnę ich stamtąd więcej, niż zainwestowałem. Nigdy nie wiadomo, który zabłyśnie, a który zbankrutuje. Nie wiem, jakie papiery kupuje fundusz, jak zarządza pozycjami, nie mam żadnego wpływu na ich decyzje, a w razie krachu - umorzenie jednostek trwa parę dni (wersja optymistyczna) lub, co gorsza, staje się całkowicie niemożliwe (jak z funduszami, które inwestowały w Afryce, gdy wybuchły zamieszki w Egipcie). Powyższy wykres pokazuje, że ta nieufność wobec funduszy ma sens.




2008-2011. Wycena certyfikatów Investor Gold FIZ (niebieski) vs cena złota w PLN i certyfikaty RC.


Investor Gold FIZ to fundusz, który inwestuje w złoto i inne metale szlachetne (kruszec, akcje spółek itp.) i chwali się imponującą, trzycyfrową stopą zwrotu od momentu powstania (153% w 57 miesięcy!). Tęgie głowy w tym funduszu aktywnie zarządzają portfelem i głowią się, jak zabezpieczać inwestycję i korzystać na złotej hossie.


W tym samym czasie Raiffeisen oferuje na giełdzie proste certyfikaty o niemedialnej nazwie RCGLDAOPEN, których cena ma idealnie podążać za ceną złota przeliczoną na PLN (więcej: Jak inwestować w złoto na giełdzie?), a jedyną rolą Raiffeisena jest zapewnianie płynności (w przeciwieństwie do certyfikatów w/w FIZ - jest doskonała!) przez ciągłe wystawianie ofert kupna i sprzedaży (przy niewielkim spreadzie, na którym jednocześnie animatorzy zarabiają).


Na powyższym wykresie widać, że prymitywna, jaskiniowa strategia podążania za ceną złota jest dużo skuteczniejsza niż aktywne zarządzanie przez profesjonalistów! Gdy w kryzysie w 2008 roku Investorsi dostawali po tyłku, tracąc niemal trzecią część kapitału, złoto drożało w najlepsze. Potem mozolnie nadrabiali stratę, by w tym roku wyjść na minus, gdy złoto zdrożało od stycznia z 4000zł do 5500zł za uncję (sic!).


To oznacza, że jeśli ktoś kupił przed paru laty parę sztabek i wsadził je pod materac, okazał się lepszym inwestorem od solidnie opłacanych speców, którzy przez cały ten czas walczyli na rynku złota, czarowali, hedżowali i analizowali. Rozumiem, że Panowie mają ambitne plany i rodziny na utrzymaniu, ale - pytanie czysto retoryczne - dlaczego i za co właściwie miałbym im płacić??

piątek, 23 września 2011

Dajcie spokój analitykom!

Analitycy na stos! Tylko patrzeć, jak oszukany i wywiedziony w pole lud rzuci się z widłami na Bogu ducha winnych autorów rekomendacji. Wygląda na to, że intensywność krytyki analityków jest odwrotnie proporcjonalna do ilorazu inteligencji inwestorów...


Byki i niedźwiedzie walczą zażarcie na parkietach całego świata, ale co do jednego panuje wszechobecna zgoda - analitycy to zło. No, bo przecież obiecywali 170zł za JSW i 8zł za Tauron, a tu, kurde, panie, srogie lanie!


Zdezorientowani inwestorzy z przecenionymi akcjami w portfelu najpierw tłumaczyli sobie spadki przejściową korektą, a teraz, gdy złudzenia zaczęły się rozwiewać, klną analityków na czym świat stoi. Wcielam się więc na chwilę w rolę advocatus diaboli i niniejszym wołam:




Ludu Durny!
Zamiast rzucać kamieniem zechciej przez chwilę pomyśleć i zauważyć, że:


1. Nasze rekomendacje to nie tylko tzw. "cena docelowa", którą bezmyślnie przekazujecie sobie z ust do ust i z klawiatury do klawiatury. Jest tam dużo więcej tekstu, którego w umysłowym lenistwie nie chce się Wam czytać, a z którego dowiedzielibyście się również wiele o spółce, jej strategii, wynikach, otoczeniu, szansach i - last but not least - zagrożeniach.


2. Szacując wartość akcji, przyjmujemy jakieś założenia dotyczące cen surowców, kondycji gospodarek, trendów, popytu i podaży, bez których szacować czegokolwiek nie sposób. Te założenia zwykle nie odbiegają mocno od bieżących realiów rynkowych, bo i nie jest rolą analityka zgadywać, kiedy odwróci się trend wzrostowy na miedzi albo gdzie jest górka na złocie. Staramy się wyceniać spółkę w kontekście dzisiejszych realiów. Jutrzejszych przewidywać nie potrafimy, bo nie potrafi tego nikt (z Buffetem i Sorosem włącznie).


3. Większość wycen akcji opiera się w jakiejś mierze na wycenie porównawczej, która z natury rzeczy jest wyceną względną. Staramy się wskazywać spółki, które na tle rynku wydają się być notowane z dyskontem i jeśli nie ma poważniejszych powodów dla takiego dyskonta, wskazujemy na inwestycyjną okazję mówiąc: spółka jest tańsza niż inne! Niestety, kiedy cały rynek zaczyna spadać na łeb, na szyję - wycena porównawcza natychmiast traci swoją aktualność. Kwartał temu PGNiG był w WIG20 spółką "tanią", dziś jest jedną z droższych na rynku - a przecież jego cena praktycznie się nie zmieniła!


4. Wyceny bardzo wielu spółek praktycznie nigdy nie zbliżają się do "ceny godziwej". Wynika to z kilku prostych przyczyn. Po pierwsze, rynek ma tendencję do popadania w skrajności. Po drugie, sama płynność papierów potrafi mocno rzutować na ich wycenę (czyli nie fundamentalna wartość, ale trudność z kupnem/sprzedażą papieru decyduje o cenie; coś jak zawyżone ceny gorącej czekolady na Grenlandii i zaniżona cena złota w królestwie Midasa). Po trzecie, globalne rynki tworzą sieć arcyskomplikowanych powiązań, a kondycja greckiego budżetu wpływa dziś na producenta polskich słodyczy. Żadna analiza nie jest w stanie uchwycić wszystkich czynników.


Podsumowując, dla rozsądnego inwestora praca analityków to źródło cennych informacji, a dla zręcznego spekulanta - możliwość ugrania paru procent na ewentualnej reakcji rynku na ujawnienie rekomendacji. Wielu z Was to jednak leniwe lemingi, które nie sięgają nawet po pełen tekst rekomendacji, ale kupują papier i ustawiają zlecenie sprzedaży po cenie docelowej. To take ynwestory krzyczą dziś, płaczą i złorzeczą, szukając winnych własnego lenistwa i braku rozsądku wszędzie, byle nie w sobie.

środa, 3 sierpnia 2011

Rzeź na warszawskim parkiecie

Na warszawskiej giełdzie polała się krew. Spadki trwające od kilku miesięcy przekroczyły masę krytyczną i przerodziły się w paniczną wyprzedaż. Wsparcia pękały jedno po drugim, a giełdowe indeksy zamknęły się z ponad 3-procentowymi stratami.


WIG20 tracił przed końcem sesji ponad 100 punktów. Jeśli ktoś nie zamknął rano długiej pozycji na kontaktach FW20, tracił tym samym 1000zł z 1400-złotowego depozytu. Ostatecznie indeks blue chips zakończył dzień ze stratą 3,26%. Indeksy małych i średnich spółek nurkowały o - odpowiednio - 3,86% (sWIG80) i 4,88% (mWIG40). Takich spadków rynek nie widział od dawna.


Indeks szerokiego rynku - dzisiejsza czarna świeca robi wrażenie...


Co dalej? Świetne pytanie! ;) Jeszcze dziś rano wydawało się, że indeksy zbliżają się do ważnych wsparć, a mocno wyprzedany rynek czeka choćby korekcyjne odbicie. Zamiast jednak zamknąć lukę, kursy poleciały w dół i nie odbiły się do końca dnia. LOP na kontraktach rósł nieprzerwanie, potwierdzając kierunek ruchu. Niewielkie ożywienie popytu w ostatnich minutach sesji wynikało zapewne tylko i wyłącznie z realizacji zysków i zamknięcia części krótkich pozycji.


Tak silna ofensywa podaży musi w pewnym momencie wywołać reakcję popytu. Dziś kupujących na parkiecie ewidentnie zabrakło, ale w najbliższych dniach rynek czeka zapewne silne odreagowanie, wynikające chociażby z zamykania części krótkich pozycji. Przy tej amplitudzie wahań i tych emocjach inwestowanie (nawet "na krótko") staje się więc szalenie niebezpieczne, szczególnie, jeśli ktoś gra z dźwignią finansową. Warto mieć na uwadze zwiększone ryzyko i odpowiednio zredukować wielkość pozycji - bez względu na jej kierunek.


Jedno jest pewne. Tak silne szarpnięcie w dół otwiera drogę bessie. Gwałtowne spadki - nawet, jeśli krótkotrwałe - zaciążą na zaufaniu do rynku (wycofanie kupujących), uszczuplą aktywa funduszy (umarzanie jednostek i tym samym dalsza wyprzedaż akcji) oraz psychologii obecnych akcjonariuszy (chęć pozbycia się akcji na najbliższym odbiciu). W takiej atmosferze nawet dobre wieści mogą nie wystarczyć, aby odwrócić kierunek rynku...



niedziela, 17 lipca 2011

5 jaskółek nadchodzącej bessy

Giełdowe indeksy już wiosną złapały lekką zadyszkę. Korekta po kwietniowych szczytach wydawała się zbieraniem sił przed kolejnymi rekordami, a tymczasem - ciągle spadamy. Czy to już bessa? Jest kilka argumentów za niedźwiedzim punktem widzenia.

1. Rosną stopy procentowe

Presja inflacyjna spowodowała, że RPP już czterokrotnie w tym roku podniosła stopy procentowe. Stopa lombardowa od połowy 2009 wynosiła 5%, by teraz wzrosnać już łącznie o 1%. Podobnie reaguje wiele innych państw, zmniejszając tym samym podaż pieniądza, utrudniając dostęp do taniego kredytu i zwiększając atrakcyjność bezpieczniejszych form inwestowania i oszczędzania, jak obligacje czy depozyty bankowe.

Choć młody, ledwo okrzepły, polski rynek kapitałowy nie ma dostatecznie długiej historii, by szukać statystycznych prawidłowości, podwyżki stóp to jednoznacznie negatywny sygnał dla rynku akcji, a im dłużej utrzymuje się restrykcyjna polityka monetarna, tym gorzej dla akcji.

2. Szeroki rynek już spada

Mniejsze spółki rosną dynamiczniej niż giełdowe kolosy, ale i szybciej spadają. Kiedy w 2007 roku kończyła się hossa, a WIG20 ustanawiał podwójny szczyt, indeksy mWIG40, sWIG80 i indeks szerokiego rynku WIG nie zdołały już zbliżyć się do rekordów. W tym roku również ujawniła się słabość mniejszych spółek. Indeks sWIG80 stracił już wszystko, co zdołał zyskać od grudnia.

W spektakularne odbicie trudno uwierzyć. Paliwem dla wzrostów mniejszych spółek jest zawsze rodzimy kapitał - w przeciwieństwie do WIG20, który korzysta z zagranicznych dopalaczy i premii za płynność. A polski kapitał nieszczególnie garnie się na giełdę - wielkie prywatyzacje nie przekładają się raczej na dalszą aktywność drobnych ciułaczy na parkiecie, GPW podnosi opłaty odstraszając niedzielnych graczy, przykręcono kurek z kapitałem OFE, a TFI Polacy ciągle unikają i - wobec braku spektakularnych wyników - raczej się to nie zmieni.

3. Kryzys na horyzoncie

Poprzedni kryzys udało się w dużej mierze pozamiatać pod dywan, pompując w światową gospodarkę niewyobrażalne ilości wirtualnego pieniądza. Skutkiem jest ogromne zadłużenie państw, z których wiele stanęło na krawędzi bankructwa. Najgłośniej jest oczywiście o Grecji i kilku innych PIIGS-ach ze strefy euro, ale już 2 sierpnia problemy z rolowaniem długu mogą mieć USA, a w kolejce stoi wiele innych krajów, o których się nie mówi, a których budżety, obciążone monstrualnym zadłużeniem, łatwo mogą przewrócić się przy najmniejszym zachwianiu koniunktury.

Wydaje się, że świat znalazł się w ślepej uliczce. Warto zwrócić uwagę, że gra nie toczy się o spłatę tych długów, ale o ich rolowanie. Państwa nie radzą sobie z bieżącą obsługą - zaciąganiem nowych zobowiązań na poczet spłaty tych zapadających. Co gorsza - zadłużeni są wszyscy, więc trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek przyszedł z pomocą.

Problemy z wykupem obligacji natychmiast uderzą w banki, a utrata przez nie płynności oznacza natychmiastowy krach, który będzie bardziej bolesny niż historia z Lehman Brothers - bo tym razem na żadne manipulacje ani pakiety pomocy nie będzie już nikogo stać.

4. Kilka tykających bomb

Gospodarka zdążyła nas już przyzwyczaić do taniego pieniądza, dwuletniej hossy i dobrych fundamentów spółek. Ten optymizm mamy już w cenach. Warto sobie jednak uświadomić, że siedzimy na kilku tykających bombach zegarowych, które mogą w każdej chwili eksplodować.

Niewielki przedsmak mieliśmy już w tym tygodniu, gdy gruchnęła wieść o możliwych kłopotach Włoch. Na parkietach widać było objawy autentycznej paniki - spadały prawie wszystkie spółki, a na mniej płynnych walorach brak kupujących sprawiał, że popyt pojawiał się dopiero w okolicach dolnych widełek notowań. A były to przecież tylko niegroźne, personalne plotki. Łatwo sobie wyborazić co się stanie, gdy USA nie podniosą do 2 sierpnia limitu zadłużenia (możliwe), Grecja ogłosi bankructwo (przesądzone), a za nią o restrukturyzację długu wniosą inne państwa (raczej kwestia czasu).

W takich warunkach akcje zaczynają parzyć w ręce. Dopóki wisi nad rynkami ten i ów miecz Damoklesa, trudno będzie o entuzjazm kupujących (warunek sine qua non hossy), a posiadacze akcji będą myśleć głównie o tym, czy nie opuścić rynku już dziś, póki jest jeszcze komu sprzedać akcje.

5. Element zaskoczenia

I dno bessy, i rekord hossy zawsze zaskakują graczy. Pomijając nielicznych, którym udaje się trafić w dołki i szczyty (co istotne: na każdym dołku i szczycie są to już inni nieliczni), większość graczy uświadamia sobie zmianę trendu długo po tym, jak ona faktycznie nastąpi.

Spójrzmy na WIG. Ostatnie dynamiczne wzrosty szeroki rynek zaliczał w 2009. Od tamtej pory można było na kolejnych falach nieco zarobić, ale nie są to już spektakularne wartości. Rynek wytraca dynamikę. Ze skrajnego niedowartościowania przeszliśmy do wycen, przy których trudno o okazje cenowe. Biorąc pod uwagę otoczenie makroekonomiczne - łatwo wyobrazić sobie spektakularne spadki (wystarczy nieco wspomnianej paniki), a raczej trudno liczyć na jakiś powszechny wybuch hurraoptymizmu i nowe rekordy.

Moim zdaniem - bezpieczniej jest siedzieć dziś bez akcji i czekać, aż świat rozwiąże przynajmniej kilka ze swoich najbardziej palących problemów.