środa, 3 listopada 2010

A co, gdy urwie się dno?

W szalonym świecie szybkich decyzji, idea stawiania stop-lossów wyparła dziadków-inwestorów, kupujących akcje dla wnuków, na dobre i na złe. Bywają jednak przypadki, gdy stop-loss może zaboleć. Dziś doświadczyli tego akcjonariusze PKM Duda (DUD).


Jarosław Kalinowski wypowiedział kiedyś piękne słowa: "jak się tak będziemy od tego dna odbijać, to to dno się może kiedyś urwać". Ale nie uprzedajmy faktów... ;)


Duda zbliżyła się dziś do linii wsparcia trendu. Niby ktoś sypał akcjami, ale zarazem ktoś te akcje zbierał, a rozmiar spadków wyraźnie wyhamowywał. Zapora popytu na 1,57 trzymała solidnie. Posiadacze czuli się bezpiecznie, a chętni mogli wsiąść do pociągu po rozsądnej cenie.


Niestety, ktoś sprzedający swoje walory kwadrans po 15 sypnął o ziarnko za dużo i nastąpiła reakcja łańcuchowa. Cena spadała grosz po groszu, odpalając kolejne zlecenia stop-loss i dosypując do arkusza coraz więcej zleceń sprzedaży PKC, które z kolei spychały cenę o kolejne grosze etc. etc.... Istne giełdowe domino!






W ciągu trzech sekund kurs zjechał o 10% i notowania zostały zawieszone, aby po kilkunastu sekundach ruszyć na nowo i w dość ekspresowym tempie powrócić do poziomu sprzed całej akcji (szybki homo sapiens albo bystry automat zebrał akcje w błyskawicznej promocji). Day-trader, który wyszedłby na siusiu, mógłby po powrocie nie zauważyć nawet, że cokolwiek się wydarzyło. Poza jednym drobiazgiem - w portfelu nie ma już akcji.






Cóż, stop-loss jest trochę jak pasy bezpieczeństwa - w większości wypadków ratuje życie, ale bywa, że staje się przyczyną nieszczęścia. Niejeden (ex?) akcjonariusz Dudy dostał dziś lekcję: na giełdzie nie ma oczywistych i niezawodnych rozwiązań.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza