Nie ukrywam, że zawsze sceptycznie podchodziłem do rynku Catalyst, na którym obraca się obligacjami. Rzeczywistość zdaje się potwierdzać, że – wbrew marketingowym hasłom – nie jest to dobry sposób na pomnażanie oszczędności.
Nim zainwestuję pieniądze, zawsze liczę relację zysku do ryzyka. W świecie, w którym przyszło nam żyć, i pierwsze, i drugie pozostaje oczywiście niewiadomą, ale myśląc o określonej inwestycji przyjmujemy zawsze jakieś założenia. I właśnie z tych założeń wynika mi niezbicie, że zakupy na Catalyst to pomysł po prostu absurdalny. Dlaczego?
Otóż oprocentowanie obligacji nie przekracza zwykle 10%. Nie śledzę tego rynku na bieżąco, ale podejrzewam, że nieliczni emitenci oferują oprocentowanie, które przy obecnym WIBORze pozwala nieznacznie tę wartość przekroczyć. W porównaniu z dobrymi lokatami (obecnie 5-6%), daje to całkiem sensowną premię, która na pierwszy rzut oka wydaje się nawet kusząca.
Niestety, wbrew radom z mądrych podręczników, obligacje wcale nie są "praktycznie pewnym" instrumentem finansowym. Na skalę światową obserwujemy właśnie wielki kryzys zadłużenia, a obligacje nawet najstabilniejszych państw nie cieszą się już bezgranicznym zaufaniem. Tym bardziej ryzykowne są obligacje samorządów i korporacji, które mogą paść ofiarą zadłużonych i desperacko szukających finansowania rządów. Prawda jest taka, że jedyną gwarancją wykupu obligacji stanowi stojąca za ich emisją instytucja. Kłopoty Anti, Budostalu-5 i im podobnych pokazują właśnie, że istnieje realne ryzyko niewypłacalności emitenta i możliwość utraty nie tylko odsetek, ale nawet kapitału!
Aby się przed taką ewentualnością uchronić, należałoby dobrze znać sytuację finansową spółki, co w przypadku np. spółek giełdowych oznacza w praktyce odrobienie pracy domowej z analizy fundamentalnej. Jeśli już takowej dokonamy, to mamy dwie możliwości:
A) kupić na rynku wtórnym wyemitowane przez spółkę obligacje, które nabywamy na rynku wtórnym płacąc koszty transakcyjne, premię sprzedającemu, a nawet płacąc podatek od naliczonych komuś innemu odsetek (polecam bardzo wnikliwą lekturę zasad rozliczania!), a do tego kupujemy papier o zwykle bardzo odległym terminie wykupu, którego pozbycie się przed terminem może być nie lada wyzwaniem i kosztować kolejną część kapitału (fatalna płynność Catalyst!);
B) wykorzystać wiedzę o kondycji spółki i po prostu w odpowiednim momencie zainwestować w jej akcje;
W przypadku strategii A mamy do zyskania 10% odsetek, a do stracenia, w razie wykolejenia się emitenta, nawet 100% kapitału; możliwości zarządzania ryzykiem są przy tym mocno ograniczone.
W przypadku strategii B zyski nie są niczym ograniczone, a relatywnie duża płynność na rynku kasowym pozwala rozsądnie zarządzać ryzykiem i z powodzeniem ograniczyć je do np. 10%.
Innymi słowy – gdy w spółce dzieje się dobrze, akcjonariusze zgarniają kilkudziesięcio- albo i kilkusetprocentowe zyski, a obligatariusze dostają swoje 10%; gdy spółka popada w tarapaty, posiadacze akcji wypadają z biznesu na stop-lossach zachowując zyski albo tracąc kilka procent, a obligatariusze stają przed dylematem – czekać i ryzykować cały kapitał, czy próbować kosztownej ewakuacji, szukając kupca na świecącym pustkami Catalyst...
Wybór strategii wydaje się więc oczywisty.
środa, 4 stycznia 2012
Obligacje z Catalyst - 10% zysku, 100% ryzyka
Etykiety:
analiza fundamentalna,
Catalyst,
emitent,
obligacje,
ostrzeżenie,
ryzyko,
strata,
zadłużenie,
zdrowy rozsądek,
zysk
piątek, 9 grudnia 2011
Badanie inwestorów - czego zabrakło?
Na to pytanie stara się odpowiadać od kilku lat Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tegoroczne wyniki nie są szczególnie odkrywcze. Znacznie ciekawsze wydaje się to, czego te badania nie pokazują...
Niestety, materiał zaprezentowany przez SII nie zawiera żadnych szczegółów metodologicznych, a te mogłyby wzbudzić poważne wątpliwości. Po pierwsze - 7 tysięcy ankiet to kropla w morzu miliona pięciuset tysięcy rachunków maklerskich. Badanie nie wydaje się szczególnie reprezentatywne. Tym bardziej, jeśli było prowadzone wyłącznie przez Internet. Przedstawia wówczas bardziej profil internauty niż profil inwestora.
Widać to po odpowiedzi na pytanie o sposób inwestowania. Kupujący akcje bezpośrednio mają rzekomo ogromną przewagę na inwestującymi przez rozmaite TFI, a tymczasem rzeczywistość jest przecież zupełnie inna. Ciekawa jest też deklarowana stopa zwrotu, wskazująca na coroczne, kilkudziesięcioprocentowe zyski przy minimalnej, 1-procentowej stracie w kryzysowym 2008 roku. A świstak siedzi...
Nie kwestionuję sensu prowadzenia podobnych badań, ale myślę, że o wiele ciekawsze efekty dałoby wygenerowanie kilku raportów z baz danych biur maklerskich albo najlepiej KDPW. Dopiero wtedy, okazałoby się, ilu inwestorów faktycznie zarabia, ilu systematycznie, od lat pomnaża majątek, a ilu pręży muskuły w tegorocznym badaniu, by pewnego dnia wyzerować depozyt i zniknąć z rynku w przyszłym roku. Tego jednak nigdy się pewnie nie dowiemy...
Niestety, materiał zaprezentowany przez SII nie zawiera żadnych szczegółów metodologicznych, a te mogłyby wzbudzić poważne wątpliwości. Po pierwsze - 7 tysięcy ankiet to kropla w morzu miliona pięciuset tysięcy rachunków maklerskich. Badanie nie wydaje się szczególnie reprezentatywne. Tym bardziej, jeśli było prowadzone wyłącznie przez Internet. Przedstawia wówczas bardziej profil internauty niż profil inwestora.
Widać to po odpowiedzi na pytanie o sposób inwestowania. Kupujący akcje bezpośrednio mają rzekomo ogromną przewagę na inwestującymi przez rozmaite TFI, a tymczasem rzeczywistość jest przecież zupełnie inna. Ciekawa jest też deklarowana stopa zwrotu, wskazująca na coroczne, kilkudziesięcioprocentowe zyski przy minimalnej, 1-procentowej stracie w kryzysowym 2008 roku. A świstak siedzi...
Nie kwestionuję sensu prowadzenia podobnych badań, ale myślę, że o wiele ciekawsze efekty dałoby wygenerowanie kilku raportów z baz danych biur maklerskich albo najlepiej KDPW. Dopiero wtedy, okazałoby się, ilu inwestorów faktycznie zarabia, ilu systematycznie, od lat pomnaża majątek, a ilu pręży muskuły w tegorocznym badaniu, by pewnego dnia wyzerować depozyt i zniknąć z rynku w przyszłym roku. Tego jednak nigdy się pewnie nie dowiemy...
Etykiety:
ankieta,
badanie,
dom maklerski,
inwestor,
OBI,
raporty,
SII,
statystyka,
wyniki,
zysk
poniedziałek, 21 listopada 2011
Polityczne harce i spadający miedziak
Polskimi inwestorami wstrząsnęło nurkowanie potężnego KGHM, który - po exposé premiera - stracił już 20% rynkowej kapitalizacji. Tymczasem to wydarzenie nie stanowi żadnej niespodzianki, jeśli pamięta się tylko o kilku istotnych kwestiach...
Trzy największe spółki WIG20 – PKO, KGH, PZU – mają łącznie niemal 40% udział w całym indeksie. W pierwszej Skarb Państwa posiada większościowe udziały (wliczając pakiet posiadany przez BGK), w drugiej i trzeciej – faktyczną kontrolę sprawuje dzięki jednej trzeciej udziałów. Z kolei z 10 największych spółek, odpowiadających 84,4% całego indeksu WIG20, Skarb Państwa nie pojawia się w akcjonariacie tylko dwóch (PEO i TPS), a we wszystkich pozostałych jest największym udziałowcem. Last but not least – to właśnie państwo we wszystkich branżach ustala reguły gry (prawo i podatki), a obradujący stale parlament jest w stanie w każdej chwili uchwalić coś głupiego i wysadzić w powietrze całe sektory gospodarki, a przynajmniej wyrządzić w nich niepowetowane szkody.
Co to oznacza w praktyce? Otóż kupowanie papierów na polskiej giełdzie bez uwzględnienia ryzyka, które kreują politycy, jest czystej wody lekkomyślnością. Szczególnie teraz, kiedy budżet się nie dopina, a dług publiczny zaczyna wymykać się spod kontroli. Jak pisał Alexis de Tocqueville, "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy".
Co mogą zrobić politycy?
1. Sprzedaż pakietu akcji
Dość banalna metoda na pozyskanie pieniędzy – polega na sprzedaniu posiadanych udziałów. Często odbywa się to z zaskoczenia i potrafi spowodować potężny odpływ kapitału i znaczące spadki. Tak było w mijającym roku po pojawieniu się informacji o przyspieszonej budowie księgi popytu na akcje Tauronu (marzec) i PZU (czerwiec). Mając dostęp do poufnych informacji albo przynajmniej refleks, można na takiej operacji sporo zarobić (patrz: PZU - czarny czwartek czy niepowtarzalna okazja?). Niestety, większość inwestorów w czasie takiego zamieszania wypada pewnie na stop-lossach i zostaje na lodzie – bez zysków i bez akcji.
2. Drenowanie spółek z kapitału
Pół biedy, jeśli drenowanie polega na wypłacie dywidendy (choć bywa ona szkodliwa, patrz: Dywidenda - czy to ma sens?) – wówczas pieniądze dostają również mniejszościowi akcjonariusze, chociaż to Skarb Państwa, w przeciwieństwie do nich, nie traci na podatku. Gorzej, gdy państwo wyciąga ze spółki pieniądze wymuszając nie zawsze racjonalne decyzje ekonomiczne. Dobrym przykładem jest prywatyzacja, która czasem odbywa się tak, że państwo sprzedaje drogo swoje papiery, a popyt zapewnia inna, kontrolowana przez rząd spółka...
3. Nowe prawa, podatki
Oczywiście, jak twierdził Mark Twain, "niczyje zdrowie, wolność, ani mienie nie jest bezpieczne kiedy obraduje Parlament", ale spółki kontrolowane przez Skarb Państwa są szczególnie zagrożone. Skok na kasę biznesu to zawsze dla rządu ryzyko (zadarcia z wpływowym lobby, ucieczki inwestorów z kraju, społecznych protestów, medialnej nagonki), dlatego najbezpieczniej jest docisnąć sektor, który się kontroluje. Opór wobec np. planów opodatkowania banków był ogromny, a opodatkowanie miedzi, którą w Polsce na dużą skalę wydobywa tylko potulny wobec władzy KGHM, pójdzie już gładko. A że "miedziak" spada po tym jak rzucony w przepaść?...
Te zagrożenia to niby nic nowego, ale nie każdy o nich pamięta. Kupując papiery wartościowe – warto mieć na uwadze, kto nie tylko rozdaje tu karty, ale równocześnie bierze udział w grze i na bieżąco ustala jej zasady...
Trzy największe spółki WIG20 – PKO, KGH, PZU – mają łącznie niemal 40% udział w całym indeksie. W pierwszej Skarb Państwa posiada większościowe udziały (wliczając pakiet posiadany przez BGK), w drugiej i trzeciej – faktyczną kontrolę sprawuje dzięki jednej trzeciej udziałów. Z kolei z 10 największych spółek, odpowiadających 84,4% całego indeksu WIG20, Skarb Państwa nie pojawia się w akcjonariacie tylko dwóch (PEO i TPS), a we wszystkich pozostałych jest największym udziałowcem. Last but not least – to właśnie państwo we wszystkich branżach ustala reguły gry (prawo i podatki), a obradujący stale parlament jest w stanie w każdej chwili uchwalić coś głupiego i wysadzić w powietrze całe sektory gospodarki, a przynajmniej wyrządzić w nich niepowetowane szkody.
Co to oznacza w praktyce? Otóż kupowanie papierów na polskiej giełdzie bez uwzględnienia ryzyka, które kreują politycy, jest czystej wody lekkomyślnością. Szczególnie teraz, kiedy budżet się nie dopina, a dług publiczny zaczyna wymykać się spod kontroli. Jak pisał Alexis de Tocqueville, "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy".
Co mogą zrobić politycy?
1. Sprzedaż pakietu akcji
Dość banalna metoda na pozyskanie pieniędzy – polega na sprzedaniu posiadanych udziałów. Często odbywa się to z zaskoczenia i potrafi spowodować potężny odpływ kapitału i znaczące spadki. Tak było w mijającym roku po pojawieniu się informacji o przyspieszonej budowie księgi popytu na akcje Tauronu (marzec) i PZU (czerwiec). Mając dostęp do poufnych informacji albo przynajmniej refleks, można na takiej operacji sporo zarobić (patrz: PZU - czarny czwartek czy niepowtarzalna okazja?). Niestety, większość inwestorów w czasie takiego zamieszania wypada pewnie na stop-lossach i zostaje na lodzie – bez zysków i bez akcji.
2. Drenowanie spółek z kapitału
Pół biedy, jeśli drenowanie polega na wypłacie dywidendy (choć bywa ona szkodliwa, patrz: Dywidenda - czy to ma sens?) – wówczas pieniądze dostają również mniejszościowi akcjonariusze, chociaż to Skarb Państwa, w przeciwieństwie do nich, nie traci na podatku. Gorzej, gdy państwo wyciąga ze spółki pieniądze wymuszając nie zawsze racjonalne decyzje ekonomiczne. Dobrym przykładem jest prywatyzacja, która czasem odbywa się tak, że państwo sprzedaje drogo swoje papiery, a popyt zapewnia inna, kontrolowana przez rząd spółka...
3. Nowe prawa, podatki
Oczywiście, jak twierdził Mark Twain, "niczyje zdrowie, wolność, ani mienie nie jest bezpieczne kiedy obraduje Parlament", ale spółki kontrolowane przez Skarb Państwa są szczególnie zagrożone. Skok na kasę biznesu to zawsze dla rządu ryzyko (zadarcia z wpływowym lobby, ucieczki inwestorów z kraju, społecznych protestów, medialnej nagonki), dlatego najbezpieczniej jest docisnąć sektor, który się kontroluje. Opór wobec np. planów opodatkowania banków był ogromny, a opodatkowanie miedzi, którą w Polsce na dużą skalę wydobywa tylko potulny wobec władzy KGHM, pójdzie już gładko. A że "miedziak" spada po tym jak rzucony w przepaść?...
Te zagrożenia to niby nic nowego, ale nie każdy o nich pamięta. Kupując papiery wartościowe – warto mieć na uwadze, kto nie tylko rozdaje tu karty, ale równocześnie bierze udział w grze i na bieżąco ustala jej zasady...
Etykiety:
akcjonariat,
dług,
dywidenda,
KGHM,
kryzys,
miedź,
ostrzeżenie,
pakiet,
PKO,
podatek,
prawo,
prywatyzacja,
pułapki,
PZU,
ryzyko,
rząd,
Skarb Państwa
poniedziałek, 14 listopada 2011
5 pułapek czyhających na kontraktach
Kiedy na rynku zaczyna się bessa, wielu inwestorów, sprzedawszy akcje, szuka innego sposobu na pomnażanie kapitału. Wielu z nich trafia na rynek kontraktów i próbuje "grać na spadki". Bardzo często - z fatalnym skutkiem. Poznaj 5 pułapek rynku terminowego.
1. Dźwignia finansowa
Na pierwszy rzut oka wygląda to kusząco - ruch indeksu o jeden punkt oznacza zmianę stanu konta o 10 złotych. 50-punktowy spadek WIG20 to 500zł w kieszeni na każdym sprzedanym kontrakcie FW20 (a do jego sprzedaży wystarczy depozyt w wysokości ok. 2,5 tys. PLN!). Niestety, ta sama dźwignia, która mnoży zyski, czyni z kontraktów narzędzie bardzo niebezpieczne. Wystarczy ogłoszenie lepszych danych i indeks podskakuje o kilkadziesiąt punktów, boleśnie uszczuplając depozyt. Gra ze stop-lossem oznacza dotkliwą opłatę za każdy błąd, a gra bez stop-lossów to dla większości graczy prosta droga do bankructwa.
2. Otwarcie z luką
O ile zmienność w czasie sesji można do pewnego stopnia opanować (tnąc straty w razie złego obrotu spraw), o tyle po zamknięciu rynku inwestor zostaje wystawiony na ciosy bez żadnej możliwości obrony. Kiedy notowania zaczynają się 3% poniżej zamknięcia z dnia poprzedniego, dla WIG20 równego 2500 oznacza to minus 75 punktów i - tym samym - minus 750zł na każdym z kontraktów. W skrajnych przypadkach można wyobrazić sobie spadek tak dotkliwy, że kasujący cały depozyt zabezpieczający. W takiej sytuacji broker zamyka pozycję i - w razie strat przekraczających kwotę depozytu - będzie domagał się jego uzupełnienia. Warto mieśc świadomość, że pozostawianie otwartej pozycji na noc oznacza akceptację takiego ryzyka.
3. Gwałtowność spadków
To oczywiste, że aby zarabiać na spadkach, inwestor musi mieć otwartą krótką pozycję w momencie, kiedy spadek następuje. Spadki mają jednak często dość gwałtowny przebieg. W ciągu kilku minut indeks ostro nurkuje, aby następnie ustabilizować się lub wygenerować korekcyjne odbicie. Złapanie takiego gwałtownego ruchu to nie lada sztuka. Szczególnie, że w okresie niepokojów na rynkach również wzrosty stają się bardzo dynamiczne. Kiedy odbicie jest wystarczająco mocne, może dojść do niebezpiecznego dla grających na spadki tzw. short squeeze (automatycznie odpalane zlecenia stop loss i take profit niedźwiedzi powodują błyskawiczny, silny wystrzał w górę).
4. Drapieżniki i giganci
Każdego dnia KDPW rozlicza uczestników rynku terminowego. Każda złotówka zysku jednego gracza jest odpisywana z konta innego. Warto mieć to na uwadze. Warto też mieć świadomość, że na rynku grają naprawdę grube ryby (zdarza się, jak np. na obecnej serii kontraktów FW20Z11, że jeden gracz skupia w swoim porfelu jedną trzecią (sic!) otwartych pozycji; vide codzienna informacja). Gracze z odpowiednio dużym kapitałem są w stanie manipulować rynkiem. Nie należą do rzadkości sytuacje, w których WGPW wykazuje zdumiewającą słabość lub siłę w stosunku do rynków światowych. Na co dzień można też obserwować tzw. zbieranie stopów w postaci fałszywych wybić z konsolidacji, zaniżania przed gwałtownym wzrostem itp. Wszystko to potrafi skutecznie utrudniać pozostanie na rynku i zarabianie, nawet jeśli prawidłowo przewidujemy trend.
5. Emocje
Niedoceniany, ale kluczowy element giełdowej układanki. Duża dźwignia i spora doza losowości sprawia, że rynek kontraktów terminowych ma sporo wspólnego z hazardem. Bez dokładnie sprecyzowanego systemu i żelaznej dyscypliny gracz ryzykuje wystawienie się na ogromne emocje, które prędzej czy później będą miały destrukcyjny wpływ na decyzje inwestycyjne. Co gorsza - walka z emocjami to wojna, która nie kończy się nigdy, bo nawet po latach inwestowania seria kilku udanych transakcji potrafi wbić doświadczonego inwestora w dumę i zbytnią pewność siebie, usypiając czujność i prowadząc do dotkliwych strat.
Wymienione zagrożenia to, oczywiście, nie wszystko, czego należy obawiać się na rynku terminowym. Wystarczy wspomnieć o niedostatecznej płynności części instrumentów (niemal doskonale płynne są tylko kontrakty na WIG20 - FW20) czy możliwej awarii systemu brokera, która uniemożliwi nam zamknięcie pozycji przynoszącej rosnące straty. Kontrakty nie są remedium na słabe wyniki portfela akcji. To naprawdę wyższa szkoła jazdy i warto mieć tego świadomość.
1. Dźwignia finansowa
Na pierwszy rzut oka wygląda to kusząco - ruch indeksu o jeden punkt oznacza zmianę stanu konta o 10 złotych. 50-punktowy spadek WIG20 to 500zł w kieszeni na każdym sprzedanym kontrakcie FW20 (a do jego sprzedaży wystarczy depozyt w wysokości ok. 2,5 tys. PLN!). Niestety, ta sama dźwignia, która mnoży zyski, czyni z kontraktów narzędzie bardzo niebezpieczne. Wystarczy ogłoszenie lepszych danych i indeks podskakuje o kilkadziesiąt punktów, boleśnie uszczuplając depozyt. Gra ze stop-lossem oznacza dotkliwą opłatę za każdy błąd, a gra bez stop-lossów to dla większości graczy prosta droga do bankructwa.
2. Otwarcie z luką
O ile zmienność w czasie sesji można do pewnego stopnia opanować (tnąc straty w razie złego obrotu spraw), o tyle po zamknięciu rynku inwestor zostaje wystawiony na ciosy bez żadnej możliwości obrony. Kiedy notowania zaczynają się 3% poniżej zamknięcia z dnia poprzedniego, dla WIG20 równego 2500 oznacza to minus 75 punktów i - tym samym - minus 750zł na każdym z kontraktów. W skrajnych przypadkach można wyobrazić sobie spadek tak dotkliwy, że kasujący cały depozyt zabezpieczający. W takiej sytuacji broker zamyka pozycję i - w razie strat przekraczających kwotę depozytu - będzie domagał się jego uzupełnienia. Warto mieśc świadomość, że pozostawianie otwartej pozycji na noc oznacza akceptację takiego ryzyka.
3. Gwałtowność spadków
To oczywiste, że aby zarabiać na spadkach, inwestor musi mieć otwartą krótką pozycję w momencie, kiedy spadek następuje. Spadki mają jednak często dość gwałtowny przebieg. W ciągu kilku minut indeks ostro nurkuje, aby następnie ustabilizować się lub wygenerować korekcyjne odbicie. Złapanie takiego gwałtownego ruchu to nie lada sztuka. Szczególnie, że w okresie niepokojów na rynkach również wzrosty stają się bardzo dynamiczne. Kiedy odbicie jest wystarczająco mocne, może dojść do niebezpiecznego dla grających na spadki tzw. short squeeze (automatycznie odpalane zlecenia stop loss i take profit niedźwiedzi powodują błyskawiczny, silny wystrzał w górę).
4. Drapieżniki i giganci
Każdego dnia KDPW rozlicza uczestników rynku terminowego. Każda złotówka zysku jednego gracza jest odpisywana z konta innego. Warto mieć to na uwadze. Warto też mieć świadomość, że na rynku grają naprawdę grube ryby (zdarza się, jak np. na obecnej serii kontraktów FW20Z11, że jeden gracz skupia w swoim porfelu jedną trzecią (sic!) otwartych pozycji; vide codzienna informacja). Gracze z odpowiednio dużym kapitałem są w stanie manipulować rynkiem. Nie należą do rzadkości sytuacje, w których WGPW wykazuje zdumiewającą słabość lub siłę w stosunku do rynków światowych. Na co dzień można też obserwować tzw. zbieranie stopów w postaci fałszywych wybić z konsolidacji, zaniżania przed gwałtownym wzrostem itp. Wszystko to potrafi skutecznie utrudniać pozostanie na rynku i zarabianie, nawet jeśli prawidłowo przewidujemy trend.
5. Emocje
Niedoceniany, ale kluczowy element giełdowej układanki. Duża dźwignia i spora doza losowości sprawia, że rynek kontraktów terminowych ma sporo wspólnego z hazardem. Bez dokładnie sprecyzowanego systemu i żelaznej dyscypliny gracz ryzykuje wystawienie się na ogromne emocje, które prędzej czy później będą miały destrukcyjny wpływ na decyzje inwestycyjne. Co gorsza - walka z emocjami to wojna, która nie kończy się nigdy, bo nawet po latach inwestowania seria kilku udanych transakcji potrafi wbić doświadczonego inwestora w dumę i zbytnią pewność siebie, usypiając czujność i prowadząc do dotkliwych strat.
Wymienione zagrożenia to, oczywiście, nie wszystko, czego należy obawiać się na rynku terminowym. Wystarczy wspomnieć o niedostatecznej płynności części instrumentów (niemal doskonale płynne są tylko kontrakty na WIG20 - FW20) czy możliwej awarii systemu brokera, która uniemożliwi nam zamknięcie pozycji przynoszącej rosnące straty. Kontrakty nie są remedium na słabe wyniki portfela akcji. To naprawdę wyższa szkoła jazdy i warto mieć tego świadomość.
Etykiety:
bessa,
dźwignia,
emocje,
grubas,
kontrakty,
lewar,
manipulacje,
ostrzeżenie,
pułapki,
rady,
rynek terminowy,
spadki,
spekulacja,
stop-loss
środa, 26 października 2011
Nie wszystko złoto...
Investor Gold FIZ to już niemal legenda. Kolorowe reklamy, imponująca stopa zwrotu i profesjonaliści u steru. Jest tylko jeden problem. Certyfikaty funduszu staniały z 3405 do 2615 PLN, choć złoto miewa się całkiem nieźle.
Stare powiedzenie mówi, że nie wszystko złoto, co się świeci. Inne - że jak chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, to zrób to sam. Jedno i drugie jak ulał pasuje do wielu funduszy inwestycyjnych. Bessa bezlitośnie obnażyła niekompetencje wielu zarządzających i pokazała, że maklerskie szelki nie chronią przed stratami. W ciągłym wyścigu na strategie, który od zawsze trwa na rynkach, najsłabsi przegrywają z kretesem, a i najlepszych prędzej czy później przychodzi pora. Kupując jednostki nie masz żadnej pewności, że Twój fundusz pokona benchmark. A skoro nie ma pewności, to po co przepłacać? Może lepiej po prostu kupić benchmark (czyli zainwestować np. w ETF - papier, który nie sili się na genialność, tylko idealnie odzwierciedla ruchy indeksu)?
Powiem otwarcie: nigdy nie przepadałem za funduszami. Przypominają mi magiczną czarną skrzynkę, do której mam włożyć pieniądze i liczyć, że wyciągnę ich stamtąd więcej, niż zainwestowałem. Nigdy nie wiadomo, który zabłyśnie, a który zbankrutuje. Nie wiem, jakie papiery kupuje fundusz, jak zarządza pozycjami, nie mam żadnego wpływu na ich decyzje, a w razie krachu - umorzenie jednostek trwa parę dni (wersja optymistyczna) lub, co gorsza, staje się całkowicie niemożliwe (jak z funduszami, które inwestowały w Afryce, gdy wybuchły zamieszki w Egipcie). Powyższy wykres pokazuje, że ta nieufność wobec funduszy ma sens.
Investor Gold FIZ to fundusz, który inwestuje w złoto i inne metale szlachetne (kruszec, akcje spółek itp.) i chwali się imponującą, trzycyfrową stopą zwrotu od momentu powstania (153% w 57 miesięcy!). Tęgie głowy w tym funduszu aktywnie zarządzają portfelem i głowią się, jak zabezpieczać inwestycję i korzystać na złotej hossie.
W tym samym czasie Raiffeisen oferuje na giełdzie proste certyfikaty o niemedialnej nazwie RCGLDAOPEN, których cena ma idealnie podążać za ceną złota przeliczoną na PLN (więcej: Jak inwestować w złoto na giełdzie?), a jedyną rolą Raiffeisena jest zapewnianie płynności (w przeciwieństwie do certyfikatów w/w FIZ - jest doskonała!) przez ciągłe wystawianie ofert kupna i sprzedaży (przy niewielkim spreadzie, na którym jednocześnie animatorzy zarabiają).
Na powyższym wykresie widać, że prymitywna, jaskiniowa strategia podążania za ceną złota jest dużo skuteczniejsza niż aktywne zarządzanie przez profesjonalistów! Gdy w kryzysie w 2008 roku Investorsi dostawali po tyłku, tracąc niemal trzecią część kapitału, złoto drożało w najlepsze. Potem mozolnie nadrabiali stratę, by w tym roku wyjść na minus, gdy złoto zdrożało od stycznia z 4000zł do 5500zł za uncję (sic!).
To oznacza, że jeśli ktoś kupił przed paru laty parę sztabek i wsadził je pod materac, okazał się lepszym inwestorem od solidnie opłacanych speców, którzy przez cały ten czas walczyli na rynku złota, czarowali, hedżowali i analizowali. Rozumiem, że Panowie mają ambitne plany i rodziny na utrzymaniu, ale - pytanie czysto retoryczne - dlaczego i za co właściwie miałbym im płacić??
Stare powiedzenie mówi, że nie wszystko złoto, co się świeci. Inne - że jak chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, to zrób to sam. Jedno i drugie jak ulał pasuje do wielu funduszy inwestycyjnych. Bessa bezlitośnie obnażyła niekompetencje wielu zarządzających i pokazała, że maklerskie szelki nie chronią przed stratami. W ciągłym wyścigu na strategie, który od zawsze trwa na rynkach, najsłabsi przegrywają z kretesem, a i najlepszych prędzej czy później przychodzi pora. Kupując jednostki nie masz żadnej pewności, że Twój fundusz pokona benchmark. A skoro nie ma pewności, to po co przepłacać? Może lepiej po prostu kupić benchmark (czyli zainwestować np. w ETF - papier, który nie sili się na genialność, tylko idealnie odzwierciedla ruchy indeksu)?
Powiem otwarcie: nigdy nie przepadałem za funduszami. Przypominają mi magiczną czarną skrzynkę, do której mam włożyć pieniądze i liczyć, że wyciągnę ich stamtąd więcej, niż zainwestowałem. Nigdy nie wiadomo, który zabłyśnie, a który zbankrutuje. Nie wiem, jakie papiery kupuje fundusz, jak zarządza pozycjami, nie mam żadnego wpływu na ich decyzje, a w razie krachu - umorzenie jednostek trwa parę dni (wersja optymistyczna) lub, co gorsza, staje się całkowicie niemożliwe (jak z funduszami, które inwestowały w Afryce, gdy wybuchły zamieszki w Egipcie). Powyższy wykres pokazuje, że ta nieufność wobec funduszy ma sens.
![]() |
| 2008-2011. Wycena certyfikatów Investor Gold FIZ (niebieski) vs cena złota w PLN i certyfikaty RC. |
Investor Gold FIZ to fundusz, który inwestuje w złoto i inne metale szlachetne (kruszec, akcje spółek itp.) i chwali się imponującą, trzycyfrową stopą zwrotu od momentu powstania (153% w 57 miesięcy!). Tęgie głowy w tym funduszu aktywnie zarządzają portfelem i głowią się, jak zabezpieczać inwestycję i korzystać na złotej hossie.
W tym samym czasie Raiffeisen oferuje na giełdzie proste certyfikaty o niemedialnej nazwie RCGLDAOPEN, których cena ma idealnie podążać za ceną złota przeliczoną na PLN (więcej: Jak inwestować w złoto na giełdzie?), a jedyną rolą Raiffeisena jest zapewnianie płynności (w przeciwieństwie do certyfikatów w/w FIZ - jest doskonała!) przez ciągłe wystawianie ofert kupna i sprzedaży (przy niewielkim spreadzie, na którym jednocześnie animatorzy zarabiają).
Na powyższym wykresie widać, że prymitywna, jaskiniowa strategia podążania za ceną złota jest dużo skuteczniejsza niż aktywne zarządzanie przez profesjonalistów! Gdy w kryzysie w 2008 roku Investorsi dostawali po tyłku, tracąc niemal trzecią część kapitału, złoto drożało w najlepsze. Potem mozolnie nadrabiali stratę, by w tym roku wyjść na minus, gdy złoto zdrożało od stycznia z 4000zł do 5500zł za uncję (sic!).
To oznacza, że jeśli ktoś kupił przed paru laty parę sztabek i wsadził je pod materac, okazał się lepszym inwestorem od solidnie opłacanych speców, którzy przez cały ten czas walczyli na rynku złota, czarowali, hedżowali i analizowali. Rozumiem, że Panowie mają ambitne plany i rodziny na utrzymaniu, ale - pytanie czysto retoryczne - dlaczego i za co właściwie miałbym im płacić??
Etykiety:
certyfikat,
certyfikaty,
ETF,
FIZ,
fundusze,
indeks,
Investor Gold FIZ,
Investors,
Raiffeisen,
RCGLDAOPEN,
złoto
Subskrybuj:
Posty (Atom)






