wtorek, 7 lutego 2012

Serwis maklerski dla klientów Aliora

Od kilku dni klienci Biura Maklerskiego Alior Banku mogą korzystać ze stworzonego dla nich portalu informacyjnego z dostępem do notowań i agencyjnych depesz Reutersa. Choć obecnie portal nie powala funkcjonalnością, stanowi ciekawy krok w rozwoju jednego z najtańszych graczy na rynku.

To kolejny – po zmianach wdrażanych przez mBank – dowód na to, że brokerzy zaczynają intensywną walkę o klienta. Wobec fiaska negocjacji z GPW, która nie godzi się na obniżenie prowizji, maklerzy próbują wygrywać klientów rozbudową funkcjonalności, narzędzi i poszerzając dostęp do informacji. W przypadku Aliora jest to o tyle ciekawe, że jest to jedna z tańszych i prostszych ofert na rynku, a podarowane klientom narzędzie to raczej gadżet z półki premium (Alior ciągle oferuje brak opłaty za prowadzenie rachunku, minimalna prowizja na rynku kasowym to zaledwie 3zł, środki na rachunku procentują na over-nightach, a rachunek brokerski powiązany jest ze standardowym ROR-em, co pozwala wygodnie z tych samych środków i inwestować, i robić zakupy w sklepie).

Strona główna serwisu informacyjnego dla klientów Biura Maklerskiego Alior Banku.

Co oferuje serwis internetowy BM Alior Banku? Gratką dla traderów będą pewnie Aktualności (m.in. depesze z Reutersa) oraz Kalendarium (m.in. prognozy i publikacje danych i wskaźników ekonomicznych). W dziale Notowania prezentowane są nie tylko indeksy, akcje, opcje, obligacje, certyfikaty, ETF, ale też kursy walut, futur es i CFD. W sekcji Raporty znajdziemy sygnały inwestycyjne Reutersa (Forex) oraz bieżące analizy rynku (wykresy z kasowego i terminowego). Obrazu dopełnia dział Edukacja z dość podstawowymi materiałami i testami zgrupowanymi w trzech działach – GPW, Forex i CFD.

Największą wadą jest niewielka elastyczność serwisu. Podobne narzędzia mają największą wartość, kiedy pozwalają stworzyć własny, odświeżany na bieżąco "pulpit inwestora". W przeciwnym wypadku skazują użytkownika na przeskakiwanie między zakładkami i w efekcie tracą nieco na funkcjonalności.

Brakuje też trochę dodatkowych opcji – jakichś narzędzi do zarządzania strumieniem aktualności (filtrowanie?), nieopóźnionych notowań (z jakiegoś powodu notowania z GPW wyświetlane są z 15-minutowym opóźnieniem także klientom Biura z dostępem do notowań online), bardziej multimedialnych i rozbudowanych materiałów edukacyjnych, a być może także jakiegoś przeglądarkowego narzędzia do analizy technicznej.


Ogólnie jednak – punkt dla Aliora. Projekt będzie z pewnością rozwijany, a pierwszy krok wygląda naprawdę obiecująco.





środa, 25 stycznia 2012

Zmiany w mBanku - kontrakty dla mas

DI BRE Banku to największy pod względem liczby klientów gracz na polskim rynku rachunków maklerskich. Znacząca część rachunków to zapewne klienci mBanku, posiadający usługę eMakler, który dotychczas oferował bardzo ograniczoną funkcjonalność. Ostatnio jednak dość szybko się to zmienia.

O lekkim zapóźnieniu mBankowej usługi już pisaliśmy (vide eMakler - rachunek maklerski dla żółtodziobów). Wspominaliśmy też o postępujących zmianach na lepsze (vide Duże zmiany dla inwestorów w mBanku i ING). Prawdziwa rewolucja dokonuje się jednak dopiero teraz.

Przed dwoma miesiącami, klienci mBanku otrzymali dostęp do dość zaawansowanej aplikacji do analizy technicznej Statica i jej siostrzanej wersji na urządzenia mobilne (mStatica). Jeśli komuś bardziej odpowiadało, nie wymagające instalowania żadnego oprogramowania, obserwowanie notowań on-line w java'owym okienku przeglądarki - nadal może z tego korzystać. Minus jest taki, że w danym momencie można mieć aktywną tylko jedną z opcji - albo pakiet Statica, albo podstawowe notowania w Java. Plus jest zaś taki, że notowania w wersji podstawowej pozostaną dostępne i nadal są bezpłatne dla jednej oferty (nie trzeba nawet posiadać akcji, środków na koncie ani wykonywać żadnych operacji, co staje się regułą u innych brokerów).

Na początku lutego wystartują z kolei kontrakty terminowe - dotychczas całkowicie niedostępne w usłudze maklerskiej mBanku. Na początek będą to kontrakty na WIG20 (najpopularniejsze i najbardziej płynne). Już w tej chwili obserwować można online notowania FW20. Minus jest taki, że, chcąc grać na kontraktach, trzeba podpisać dodatkową umowę. Plus z kolei taki, że ta umowa obejmuje wszystkie kontrakty, więc rozbudowa funkcjonalności przez mBank nie bedzie już wymagała dalszych formalności - wachlarz dostępnych instrumentów będzie się zaś stopniowo poszerzał.

W międzyczasie nieco uporządkowano układ funkcji w systemie bankowości elektronicznej, dodano kilka niewielkich, ale pożytecznych gadżetów (jak np. wycena portfela na wskazany dzień w przeszłosci, kalkulator zysków i strat, bardziej logiczna kategoryzacja danych archiwalnych etc.).

Podsumowując, eMakler powoli dogania konkurencję w wyścigu biur maklerskich. Ciekawe, jak na ten wyścig wpłynie planowana na jesień przesiadka GPW z Warsetu na nowe, nowojorskie systemy. I co będzie, kiedy już mBank dogoni konkurencję - pójdzie za ciosem i wdroży innowacyjne funkcjonalności, czy też może spocznie na laurach i poprzestanie na dotrzymywaniu konkurencji kroku?

środa, 4 stycznia 2012

Obligacje z Catalyst - 10% zysku, 100% ryzyka

Nie ukrywam, że zawsze sceptycznie podchodziłem do rynku Catalyst, na którym obraca się obligacjami. Rzeczywistość zdaje się potwierdzać, że – wbrew marketingowym hasłom – nie jest to dobry sposób na pomnażanie oszczędności.


Nim zainwestuję pieniądze, zawsze liczę relację zysku do ryzyka. W świecie, w którym przyszło nam żyć, i pierwsze, i drugie pozostaje oczywiście niewiadomą, ale myśląc o określonej inwestycji przyjmujemy zawsze jakieś założenia. I właśnie z tych założeń wynika mi niezbicie, że zakupy na Catalyst to pomysł po prostu absurdalny. Dlaczego?


Otóż oprocentowanie obligacji nie przekracza zwykle 10%. Nie śledzę tego rynku na bieżąco, ale podejrzewam, że nieliczni emitenci oferują oprocentowanie, które przy obecnym WIBORze pozwala nieznacznie tę wartość przekroczyć. W porównaniu z dobrymi lokatami (obecnie 5-6%), daje to całkiem sensowną premię, która na pierwszy rzut oka wydaje się nawet kusząca.


Niestety, wbrew radom z mądrych podręczników, obligacje wcale nie są "praktycznie pewnym" instrumentem finansowym. Na skalę światową obserwujemy właśnie wielki kryzys zadłużenia, a obligacje nawet najstabilniejszych państw nie cieszą się już bezgranicznym zaufaniem. Tym bardziej ryzykowne są obligacje samorządów i korporacji, które mogą paść ofiarą zadłużonych i desperacko szukających finansowania rządów. Prawda jest taka, że jedyną gwarancją wykupu obligacji stanowi stojąca za ich emisją instytucja. Kłopoty Anti, Budostalu-5 i im podobnych pokazują właśnie, że istnieje realne ryzyko niewypłacalności emitenta i możliwość utraty nie tylko odsetek, ale nawet kapitału!


Aby się przed taką ewentualnością uchronić, należałoby dobrze znać sytuację finansową spółki, co w przypadku np. spółek giełdowych oznacza w praktyce odrobienie pracy domowej z analizy fundamentalnej. Jeśli już takowej dokonamy, to mamy dwie możliwości:


A) kupić na rynku wtórnym wyemitowane przez spółkę obligacje, które nabywamy na rynku wtórnym płacąc koszty transakcyjne, premię sprzedającemu, a nawet płacąc podatek od naliczonych komuś innemu odsetek (polecam bardzo wnikliwą lekturę zasad rozliczania!), a do tego kupujemy papier o zwykle bardzo odległym terminie wykupu, którego pozbycie się przed terminem może być nie lada wyzwaniem i kosztować kolejną część kapitału (fatalna płynność Catalyst!);


B) wykorzystać wiedzę o kondycji spółki i po prostu w odpowiednim momencie zainwestować w jej akcje;


W przypadku strategii A mamy do zyskania 10% odsetek, a do stracenia, w razie wykolejenia się emitenta, nawet 100% kapitału; możliwości zarządzania ryzykiem są przy tym mocno ograniczone.


W przypadku strategii B zyski nie są niczym ograniczone, a relatywnie duża płynność na rynku kasowym pozwala rozsądnie zarządzać ryzykiem i z powodzeniem ograniczyć je do np. 10%.


Innymi słowy – gdy w spółce dzieje się dobrze, akcjonariusze zgarniają kilkudziesięcio- albo i kilkusetprocentowe zyski, a obligatariusze dostają swoje 10%; gdy spółka popada w tarapaty, posiadacze akcji wypadają z biznesu na stop-lossach zachowując zyski albo tracąc kilka procent, a obligatariusze stają przed dylematem – czekać i ryzykować cały kapitał, czy próbować kosztownej ewakuacji, szukając kupca na świecącym pustkami Catalyst...


Wybór strategii wydaje się więc oczywisty.

piątek, 9 grudnia 2011

Badanie inwestorów - czego zabrakło?

Na to pytanie stara się odpowiadać od kilku lat Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tegoroczne wyniki nie są szczególnie odkrywcze. Znacznie ciekawsze wydaje się to, czego te badania nie pokazują...


Niestety, materiał zaprezentowany przez SII nie zawiera żadnych szczegółów metodologicznych, a te mogłyby wzbudzić poważne wątpliwości. Po pierwsze - 7 tysięcy ankiet to kropla w morzu miliona pięciuset tysięcy rachunków maklerskich. Badanie nie wydaje się szczególnie reprezentatywne. Tym bardziej, jeśli było prowadzone wyłącznie przez Internet. Przedstawia wówczas bardziej profil internauty niż profil inwestora.


Widać to po odpowiedzi na pytanie o sposób inwestowania. Kupujący akcje bezpośrednio mają rzekomo ogromną przewagę na inwestującymi przez rozmaite TFI, a tymczasem rzeczywistość jest przecież zupełnie inna. Ciekawa jest też deklarowana stopa zwrotu, wskazująca na coroczne, kilkudziesięcioprocentowe zyski przy minimalnej, 1-procentowej stracie w kryzysowym 2008 roku. A świstak siedzi...


Nie kwestionuję sensu prowadzenia podobnych badań, ale myślę, że o wiele ciekawsze efekty dałoby wygenerowanie kilku raportów z baz danych biur maklerskich albo najlepiej KDPW. Dopiero wtedy, okazałoby się, ilu inwestorów faktycznie zarabia, ilu systematycznie, od lat pomnaża majątek, a ilu pręży muskuły w tegorocznym badaniu, by pewnego dnia wyzerować depozyt i zniknąć z rynku w przyszłym roku. Tego jednak nigdy się pewnie nie dowiemy...






poniedziałek, 21 listopada 2011

Polityczne harce i spadający miedziak

Polskimi inwestorami wstrząsnęło nurkowanie potężnego KGHM, który - po exposé premiera - stracił już 20% rynkowej kapitalizacji. Tymczasem to wydarzenie nie stanowi żadnej niespodzianki, jeśli pamięta się tylko o kilku istotnych kwestiach...




Trzy największe spółki WIG20 – PKO, KGH, PZU – mają łącznie niemal 40% udział w całym indeksie. W pierwszej Skarb Państwa posiada większościowe udziały (wliczając pakiet posiadany przez BGK), w drugiej i trzeciej – faktyczną kontrolę sprawuje dzięki jednej trzeciej udziałów. Z kolei z 10 największych spółek, odpowiadających 84,4% całego indeksu WIG20, Skarb Państwa nie pojawia się w akcjonariacie tylko dwóch (PEO i TPS), a we wszystkich pozostałych jest największym udziałowcem. Last but not least – to właśnie państwo we wszystkich branżach ustala reguły gry (prawo i podatki), a obradujący stale parlament jest w stanie w każdej chwili uchwalić coś głupiego i wysadzić w powietrze całe sektory gospodarki, a przynajmniej wyrządzić w nich niepowetowane szkody.

Co to oznacza w praktyce? Otóż kupowanie papierów na polskiej giełdzie bez uwzględnienia ryzyka, które kreują politycy, jest czystej wody lekkomyślnością. Szczególnie teraz, kiedy budżet się nie dopina, a dług publiczny zaczyna wymykać się spod kontroli. Jak pisał Alexis de Tocqueville, "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy".

Co mogą zrobić politycy?


1. Sprzedaż pakietu akcji

Dość banalna metoda na pozyskanie pieniędzy – polega na sprzedaniu posiadanych udziałów. Często odbywa się to z zaskoczenia i potrafi spowodować potężny odpływ kapitału i znaczące spadki. Tak było w mijającym roku po pojawieniu się informacji o przyspieszonej budowie księgi popytu na akcje Tauronu (marzec) i PZU (czerwiec). Mając dostęp do poufnych informacji albo przynajmniej refleks, można na takiej operacji sporo zarobić (patrz: PZU - czarny czwartek czy niepowtarzalna okazja?). Niestety, większość inwestorów w czasie takiego zamieszania wypada pewnie na stop-lossach i zostaje na lodzie – bez zysków i bez akcji.


2. Drenowanie spółek z kapitału

Pół biedy, jeśli drenowanie polega na wypłacie dywidendy (choć bywa ona szkodliwa, patrz: Dywidenda - czy to ma sens?) – wówczas pieniądze dostają również mniejszościowi akcjonariusze, chociaż to Skarb Państwa, w przeciwieństwie do nich, nie traci na podatku. Gorzej, gdy państwo wyciąga ze spółki pieniądze wymuszając nie zawsze racjonalne decyzje ekonomiczne. Dobrym przykładem jest prywatyzacja, która czasem odbywa się tak, że państwo sprzedaje drogo swoje papiery, a popyt zapewnia inna, kontrolowana przez rząd spółka...


3. Nowe prawa, podatki

Oczywiście, jak twierdził Mark Twain, "niczyje zdrowie, wolność, ani mienie nie jest bezpieczne kiedy obraduje Parlament", ale spółki kontrolowane przez Skarb Państwa są szczególnie zagrożone. Skok na kasę biznesu to zawsze dla rządu ryzyko (zadarcia z wpływowym lobby, ucieczki inwestorów z kraju, społecznych protestów, medialnej nagonki), dlatego najbezpieczniej jest docisnąć sektor, który się kontroluje. Opór wobec np. planów opodatkowania banków był ogromny, a opodatkowanie miedzi, którą w Polsce na dużą skalę wydobywa tylko potulny wobec władzy KGHM, pójdzie już gładko. A że "miedziak" spada po tym jak rzucony w przepaść?...


Te zagrożenia to niby nic nowego, ale nie każdy o nich pamięta. Kupując papiery wartościowe – warto mieć na uwadze, kto nie tylko rozdaje tu karty, ale równocześnie bierze udział w grze i na bieżąco ustala jej zasady...